Dodano: 2016-12-01 12:47   |   Dodał: a.jakubowski (Arkadiusz Jakubowski)   |   Kategoria: Aktualności

Praca to płaca

Z sądu

Praca to płaca


Ponad dwa miliony Polaków pracuje za granicą. Większość pewnie jest zadowolona z pracy, ale nie wszyscy. Niektórzy trafili na nieuczciwych pracodawców i niesolidne agencje pośrednictwa. Przed Sądem Rejonowym w Lesznie zakończył się proces właściciela jednej z nich, który odpowiadał za złośliwe i uporczywe naruszanie praw pracowników.


    Proces trwał ponad cztery lata, a sprawa sięga  lat 2006-2009. Oskarżony to  Marek Sz. (dane zmienione), który do 2009 roku prowadził firmę rekrutująca i wysyłającą do pracy w  Anglii robotników budowlanych. Takich jak Zbigniew Santarek z Leszna:
    -Pracowałem jako pomocnik murarza. Można było sporo zarobić, w przeliczeniu na polskie jakieś 7000 zł na miesiąc – mówi.
    Póki regularnie były wypłacane pieniądze nikt za bardzo nie narzekał, nikt też nie bardzo zwracał uwagę na kwestie formalne. Jeden ze świadków w leszczyńskim procesie zeznawał tak:
    -Pracowałem w Anglii na pełnym etacie jako murarz, umowa była polska, na 899 złotych. Oni przywozili do Anglii listę płac do podpisu i ją podpisywałem. Ale nie dostawałem tych pieniędzy, tylko diety w funtach. 32 funty na dzień. A oni według tej listy płac mieli mi opłacać w Polsce podatki i ZUS. Pieniądze i listy płac przywoził dyrektor w agencji,  Jacek A. (dane zmienione).
    -Kalkulacja tego biznesu była prosta – mówi Z. Santarek. - Agencja za pracę każdego z nas otrzymywała od angielskiej firmy, dla której murowaliśmy,  pieniądze za naszą pracę. Nam agencja płaciła część, resztę zostawiali sobie. Nie wiem, ile na tym zarobili, ale wiem natomiast, że w Anglii pomocnik murarza zarabia na godzinę jakieś 7-8 funtów, a ja dostawałem 4-4,5 funta. Nikt nie narzekał póki nie było dużych kłopotów z płatnościami.
    -Wypłata odbywała się zawsze w cztery oczy – zeznawali świadkowie na leszczyńskim procesie.
    Przy okazji pracownicy podpisywali listę płac, in blanco formularze delegacji, karty urlopowe. Wielu przy wypłacie nie otrzymywało jednak żadnego paska wypłaty z wymienionymi składnikami wynagrodzenia.  Zamiast tego  Jacek A. dokonywał na miejscu odliczeń od wypłaty:
    -Potrącano mi za transport do Anglii i za koszty zakwaterowania – mówili świadkowie.
    -Nikt nie płacił nam za urlop, za chorobowe.
    -Okazało się, że nie miałem opłaconego ZUS-u.
    - Upomniałem się o zaległe wynagrodzenia, ale usłyszałem, że nie ma pieniędzy.
    Potrącenia za dojazd i zakwaterowanie, brak wypłat za urlopy, nie opłacanie składek to wszystko praktyki niezgodne z przepisami. Ich stosowanie w agencji potwierdzał zeznający w procesie pracownik Państwowej Inspekcji Pracy, który po skargach pracowników cztery razy kontrował agencję w latach 2004-2009. Stwierdził  
naruszenia praw pracowniczych polegające na zaniżaniu niektórych składników wynagrodzenia, zaległości w wypłatach, nie opłacanie składek na ubezpieczenie społeczne za co nakładał mandaty.  Coraz więcej pracowników agencji w Sądzie Pracy domagało się zwrotu swoich nieprawnie potrąconych z wypłat pieniędzy i wygrywało procesy.  Były to kwoty rzędu nawet kilkunastu tysięcy złotych.
    -Ja też wygrałem w Sądzie Pracy - mówi Z. Santarek. - Co z tego, skoro komornik stwierdził, że Marek Sz.  nie ma z czego oddać? W 2009 roku zamknął swoją agencję i nie ma żadnego majątku.
    W marcu 2009 roku sprawa trafiła do prokuratury. W grudniu 2010 roku oraz w lutym 2011 roku postawiono Szymonowi M. zarzuty uporczywego i złośliwego naruszania praw pracowniczych. W marcu 2012 roku ruszył proces przed Sądem Rejonowym w Lesznie.
    Marek Sz. nie przyznał się do winy. Twierdził, że nie dokonywał potrąceń, a pracownikom opłacał nie tylko dojazd i zakwaterowanie, ale też  egzaminy BHP i mandaty za złe parkowanie, a nawet pokrywał koszty zakupu mebli, napraw sprzętu AGD, kaucji, czynszu w kwaterach zajmowanych przez pracowników. W 2007 roku kupił autobus, którym dowożeni byli do Anglii.
    W całej sprawie to on czuł się pokrzywdzonym nadinterpretacją przepisów. Kłopoty z wypłatami wynikały z tego, że jego agencja utraciła płynność finansową, co było efektem spadku wartości funta oraz opóźnieniami w płatnościach od kontrahentów. W konsekwencji jego firma upadła. Zamknął ją na początku 2009 roku.
    Jak zeznał przed sądem obecnie pracuje w firmie założonej przez Jacek A.,  byłego dyrektora w jego firmie. Teraz J. jest właścicielem, a Marek Sz. dyrektorem, a zarabia najniższą krajową. Z tego wynagrodzenia  zresztą  komornik dokonuje jakichś  potrąceń, ale on nie wie z jakiego konkretnie tytułu.
    Ta nowa firma założona przez Jacek A., w której pracuje Marek Sz., nazywa się niemal tak samo jak ta, która zbankrutowała (- Nazwy są podobne, bo poprzednia była bardzo dobrze kojarzona – tłumaczył sądowi Jacek A.) i w zasadzie zajmuje się tym samym – wysyła ludzi do pracy do Anglii.
    Leszczyński sąd uznał Marka Sz. winnym i skazał na 2 lata więzienia w zawieszeniu na 5 lat. Dał mu 2 lata na naprawienie szkody – ma zwrócić swoim byłym pracownikom ponad 250.000 zł. Wyrok nie jest prawomocny.
    Dla Zbigniewa Santarka, który jako poszkodowany był na każdej z kilkudziesięciu rozpraw w tym procesie, ten wyrok nie kończy sprawy:
    -Po pierwsze zamierzam złożyć zawiadomienie do prokuratury przeciw Jackowi A., który w tym procesie występował  jako świadek, a przecież przywoził wypłaty i o wszystkim wiedział – mówi Santarek.  - Po drugie zamierzam złożyć tzw. skargę pauliańska i domagać się swoich pieniędzy od tej nowej firmy, którą uważam za kontynuatorkę tej starej. Nie odpuszczę.
Arkadiusz Jakubowski

REPORTER nr 18(89) page 001REPORTER nr 18(89) page 003REPORTER nr 18(89) page 004



Dodaj komentarz

Nie dodano jeszcze żadnego komentarza do tej publikacji.