Dodano: 2016-11-23 13:37   |   Dodał: a.jakubowski (Arkadiusz Jakubowski)   |   Kategoria: Aktualności

Wojna wojną...

Reportaż

Wojna wojną, ale pogrzeb się należy


Nazywał się Walter Naumer, miał 28 lat, zginął w środku zimy, kilkadziesiąt metrów od stogu przy drodze z Nowej Wsi do Moch.


    - To nie było nic niezwykłego - Paweł Gruszka słyszał setki podobnych   historii. - Przesuwał się front, nie opłacało się brać jeńców w grupach mniejszych niż kilkadziesiąt osób. Pojedynczy jeniec, czy nawet kilku to był tylko kłopot. No bo kto miał odprowadzać ich na tyły, skoro każdy żołnierz był potrzebny na pierwszej linii? Zazwyczaj więc nie brano nikogo do niewoli, ale rozstrzeliwano na miejscu. Na polu, przy drodze, w lesie, obok stogu. Czasami strzelano do nich jak do kaczek z czołgów jadących drogą. To była frontowa ekonomika Armii Czerwonej.  
*
    Ursula Schroer ojca zna tylko z fotografii i mglistych wspomnień. Na tych pierwszych widzi młodego, gładko ogolonego mężczyznę o nieco pucołowatych policzkach i wąskich, zaciśniętych ustach, w galowym mundurze wojsk lotniczych. W tych drugich widzi pojedyncze obrazy.
    - Pamiętam buty - mówi. - Brudne wojskowe buty i choinkę. To musiała być gwiazdka.
    Ursula miała wtedy cztery, może pięć lat. Nie miała kiedy poznać ojca.
*
    Jest 31 styczeń 1945 roku. Walter Naumer  brnie przez śnieg. Drży z zimna. Ta  zima jest wyjątkowo mroźna. I śnieżna. Walter ma na sobie wszystko co może chronić od zimna i biały, maskujący strój. Ma więc nadzieję, że nie jest widoczny z drogi. Walter jest niemieckim żołnierzem. Służy w 4. Rezerwowym Batalione Przeciwlotniczym. Właściwie służył, bo teraz jest sam. Zdezerterował albo się po prostu zgubił w ogniu walk.  Wyraźnie słyszy odgłosy armatnich wystrzałów. To odgłos przetaczającego się frontu. A  on balansuje na jego linii. Na własne oczy widzi jak Niemcy przegrywają wojnę. Ale to chyba teraz nie jest dla niego najważniejsze. Najważniejsze jest to, że ma nowe buty. Jego lewy wojskowy but się rozleciał, bała się, że będzie musiał iść boso.  Na szczęście nie. Znalazł (ściągnął z nóg jakiegoś zastrzelonego współtowarzysza!?) inną parę. Stary but wyrzucił, na lewą nogę założył ten nowy. Wygląda dziwacznie, bo jeden but jest czarny, a drugi brązowy, ale na to w ogóle nie zwraca uwagi.  Drugi but ze znalezionej (ściągniętej z jakiegoś nieżyjącego żołnierza!?) pary niesie w ręce. Przyda się później.
    Jest 31 stycznia 1945 roku.
    *
    Marysia ma 10 lat i jest przestraszona. Z okna domu w Nowej Wsi stojącego przy drodze do Moch wszystko widzi: przejeżdżające czołgi z czerwonymi  gwiazdami, przelatujące nad nimi od czasu do czasu samoloty z czarnym krzyżami na skrzydłach i  strzelających do nich z ziemi żołnierzy. A teraz jeszcze wrócił tata i opowiada o tym Niemcu.
    Tata Marysi to Bronisław Frąckowiak. Mleczarek: od lat konnym wozem wozi mleko do mleczarni w Mochach. I nie przerwał tego nawet przechodzący front. To z kolei ekonomika codziennego życia.
    Dzisiaj tata wracając z Moch zobaczył jak Rosjanie z drogi, z czołgu strzelają do jakiegoś Niemca. Trafili, bo się przewrócił, a biały śnieg zabarwił na czerwono.
    - To było koło naszego pola, Niemiec szedł od lasu, chyba żeby się schronić w tym stogu - opowiada tata. A potem jeszcze tata dodaje, że trzeba go będzie pochować. Chrześcijańska przysługa.
    - Ktoś mu chyba przy tym pochówku pomagał - opowiada dziś Maria Pohl (to nazwisko po mężu). - Dwa dni ten niemiecki nieboszczyk leżał w kaplicy na ewangelickim cmentarzu na górce. Potem zbili trumnę, wykopali dół w zamarzniętej ziemi i go pochowali. Nie byłam przy tym. Nikt nie był. Pytałam taty, gdzie go pochowali. Odpowiedział, że na dole cmentarza, przy lesie od strony Moch.
    *
    Mini koparka sunie powoli i pokonuje kolejne przeszkody jak robot na Marsie.   Przejeżdża nieistniejące od dawna cmentarne ogrodzenie i sunie wgłąb zagajnika. Ten zagajnik był kiedyś ewangelickim cmentarzem w Nowej Wsi. Kiedyś w okolicy mieszkało sporo niemieckich protestantów. Dzisiaj po cmentarzu zostały tylko wspomnienia najstarszych mieszkańców wsi, kilka kamiennych nagrobków ukrytych w gęstwinie drzew i krzaków. Tak gęstej, jakby chciała bronić dostępu rabusiom.    
    - To gdzieś tu - mówi Paweł Gruszka. Jest lipiec 2012 roku.    
    *
    Dlaczego „Pomost”? Bo pomost to coś co łączy. A oni mają łączyć. Taka była  intencja słynnego listu biskupów polskich do biskupów niemieckich w 1965 roku. Taka była intencja wydanego w 1989 roku wspólnego oświadczenia polskiego premiera  Tadeusza Mazowieckiego i niemieckiego kanclerza Helmuta Kohla. W oświadczeniu wymieniono między innymi kwestie opieki nad grobami wojennymi, ekshumacji szczątków, renowacji cmentarzy. Ze strony niemieckiej zajął się tym Niemiecki Związek Opieki nad Grobami Wojennymi w  Kassel. Ze strony polskiej powołana w 1991 roku polsko-niemiecka Fundacja Pamięć. I stowarzyszenia, takie jak powstałe w 1997 roku Stowarzyszenie „Pomost”.
    „Pomost” powstał też po to, by zmienić stereotypowe myślenie Polaków o Niemcach i Niemców o Polakach. Zmieniają stereotypy szukając zapomnianych wojennych mogił. „Pomost” szuka ich w Wielkopolsce, na Dolnym Śląsku, w Lubuskim, w Kujawsko-Pomorskim.
    - Wojna wojną, wróg wrogiem - mówi Paweł Gruszka. - A ludzkim szczątkom należy się chrześcijański pochówek.
    Paweł Gruszka w 2007 roku zakładał oddział „Pomostu” w Gostyniu. Każdego roku znajdują i ekshumują 120-130 żołnierzy. Najczęściej anonimowych, gdzieś w polu, w lesie, przy drodze. Często takich, o których wiedziała tylko jedna osoba, jeden świadek, który tę pamięć chował przez dziesiątki lat.
*
    Bronisław Frąckowiak niechętnie mówi o zabitym i pogrzebanym Niemcu, bo powojenny czas nie sprzyja takim wyznaniom. Nikomu nie mówi, że przy stogu znalazł książeczkę wojskową zabitego i że wie, jak się niemiecki żołnierz nazywał. Walter Naumer. Zna też jego adres. W 1947 roku zbiera się na odwagę i pisze do tej rodziny list. Gdy przychodzi odpowiedź, wysyła im książeczkę wojskową Waltera. Dla żony i dzieci żołnierza to być może bezcenna pamiątka.
    - Dzisiaj wiemy, że ta książeczka nigdy do nich nie dotarła - mówi Maria Pohl córka pana Bronisława. Jej tata zmarł w 1972 roku.
    *
    Ursula dorasta bez ojca. Zostały tylko pamiątki: zdjęcia, osobiste drobiazgi, jakieś dokumenty i list z Polski z 1947 roku. Wiele lat później dowie się, że jej dziadek Friedriech Naumer jeszcze w 1961 roku usiłował ustalić, co naprawdę stało się z jego synem. Bez skutku.
    *
    1982 roku. Ktoś z Niemiec, nie wiadomo kto, odwiedza Nową Wieś koło Moch. Idzie przez las, wchodzi na stary ewangelicki cmentarz. Cmentarz jest wtedy w o wiele lepszym stanie niż dzisiaj. Widać jeszcze niektóre mogiły. Po prawej mija dwa albo trzy wojskowe groby. Tak je nazwie: wojskowe groby. Na ostatnim jest krzyż, na krzyżu owalna tabliczka. „Ktoś”zdejmie ją z krzyża, zabierze do Niemiec i wyśle do Berlina. Metalowa tabliczka to niemiecki, żołnierski nieśmiertelnik. Noszą takie żołnierze wszystkich armii na świecie. Po to, by móc ich zidentyfikować, gdy zginą.
    Ten nieśmiertelnik ma numer 903. To numer Waltera Naumera.
    Wiadomo to wszystko z pisma z Niemieckiego Biura Informacji dla Najbliższych Krewnych Członków Byłych Niemieckich Sił Zbrojnych w Berlinie, które Ursula otrzymała w listopadzie 1982 roku.
    - W 2009 roku mój kuzyn Bernard Walter szukał w Polsce grobu mojego ojca - opowiada Ursula Schroer. - Zrobił zdjęcia starego cmentarza. Te zdjęcia wysłałam do Kassel do Związku Opieki nad Grobami Wojennymi. Nie dawało mi to spokoju. W 2011 roku poprosiłam ich o pomoc w odnalezieniu mogiły taty.
    *
    Przemysław Wyzujak przygryza język . Normalnie gdy robi swoją minikoparką wykop pod kable lub rury, nie musi zbytnio uważać. Tutaj to jednak co innego. W każdej chwili mogą pokazać się ludzkie szczątki. Już się do tego widoku przyzwyczaił. Od kilku lat jeździ z patrolami z gostyńskiego Pomostu na poszukiwania.
    *
    - Zawsze najwięcej czasu zajmuje załatwienie formalności - mówi Paweł Gruszka. - Zgoda na kopanie od właściciela terenu, Sanepid, gmina, PCK, zgoda wojewody. To trwa wiele miesięcy. Potem jedziemy na prace sondażowo-ekshumacyjne, z koparką, łopatami, metalową pika i wykrywaczem metali i szukamy. Tutaj jesteśmy drugi raz. Za pierwszym przekopaliśmy kilkadziesiąt metrów i nic. Jeśli dzisiaj nie znajdziemy tej mogiły, to chyba nie znajdziemy jej wcale.
    Tomasz Lempach z patrolu wycina maczetą krzaki, czyści teren koparce. Niewiele mówi.
    - W takich miejscach najlepiej milczeć - mówi. - Dotykamy prawdziwej historii, czegoś, co działo się naprawdę 60 lat temu. To niesamowite uczucie. Dlatego zapisałem się do Pomostu.
    - Nie, nie robimy tego zawodowo, to nie jest nasza praca - Paweł Gruszka poprawia czapkę. - Robimy to społecznie, dla siebie,dla rodzin tych wszystkich poległych czy zaginionych  żołnierzy niezależnie od ich narodowości czy wyznania.Ich bliscy po dziś dzień czekają na informację  o losie członków swych rodzin.Nasza praca daje im nadzieję na odkrycie ważnych dla nich kart historii.Jesteśmy pasjonatami historii. Właściwie co weekend jedziemy gdzieś na poszukiwania, czasem wiele kilometrów.
    Koszty wynajęcia sprzętu i wyjazdów pokrywa fundacja Pamięć.
    *
    Sześć godzin kopania, kilkanaście rozmów z najstarszymi mieszkańcami Nowej Wsi i nic.
    - Trudno będzie znaleźć - 85-letni Edmund Adamczak przyjechał na cmentarz rowerem, gdy tylko wieść po wsi poszła, że znowu kopią. Wsparty pod boki kręci głową. - Trudno będzie znaleźć.
    Owszem jakieś groby pamięta. Najbardziej grób Franza Wyrwy. Ale to był miejscowy esesamn, wiele złego ludziom narobił. Przyjechał na urlop i zginął podobno na dworcu w Wolsztynie jak wsiadał do pociągu. Wpadł pod koła i tyle. Pochowali go na tym cmentarzu. Tak, jego grób Edmund Adamczak pamięta.
    - A ja pamiętam tamten grób z okrągłą metalową tabliczka - mówi cicho Jerzy Kapski. Ma 71 lat, mieszka w Nowej Wsi. - I z drewnianym krzyżem. Stał tam, pod akacją.
    Tylko to jedno jedyne miejsce pod akcją nie zostało jeszcze przekopane. I chyba nie będzie. Mija siódma godzina. Chęci i zapału coraz mniej.
    - To byłby cud - mówi Paweł Gruszka.
    Ale kopią.
    *
    Cud wydarzył się około godziny 15.
    - Stój! - Przemek natychmiast zatrzymał łyżkę. W piachu zobaczyli kość.
    Teraz kolej na Pawła Łagódkę i wykrywacz metalu. Cisza, zaraz piskliwy dźwięk. Więc gdzieś tam jest jakiś metal.
    To guzik. Widać szczątki białego materiału, więc to guzik z zimowego  żołnierskiego maskowania.
    Przemek ma na razie wolne. Koparka nie będzie potrzebna. Teraz małe łopatki i pędzelki. Tomek Lembach i Paweł Łagódka pracują w dole.
    Kości są w bardzo złym stanie. To wina akacji, pod którą zostało złożone ciało, a raczej która przy grobie wyrosła. Widać jednak, że ciało nie było w trumnie, że grób był płytki (w styczniu 1945 roku ziemia była zmarznięta na kamień), że to był szybki pogrzeb.
    Kolejne minuty i kolejne odkrycia. Znowu guziki, żołnierski niezbędnik, pas   i naramiennik ze srebrną nitką (ta srebrna nitka to znak, że  należał do podoficera; Walter Naumer był podoficerem). Jeszcze srebrny albo cynowy sygnet bez graweru. I buty. Ubrany był w dwa rózne buty: czarny i brązowy. Trzeci but, brązowy, leżał przy ciele, tak jakby trzymał go w rękach w chwili śmierci.
*
    Wszystkie znalezione szczątki, ułożone w skrzyni zostały przewiezione do Poznania, do magazynu Stowarzyszenia Pomost. Tam będą czekać na ostateczną  identyfikację. Przede wszystkim na wyniki badań DNA.
    - Ja jestem na 95 procent przekonany, że znaleźliśmy Waltera Naumera - mówi Paweł Gruszka.
    *
    - Sygnet? - we wspomnieniach z dzieciństwa Ursuli Schroer nie ma sygnetu.  Sygnet jest jednak na rodzinnych fotografiach. Taki sam nosił brat Waltera.
    Co Ursula Schroer czuje teraz, po 67 latach? Teraz trudno zebrać myśli i trudno  odpowiadać.
    -  Jednocześnie radość bo został wreszcie znaleziony i ból, bo nie było mi dane go poznać... Dziękuję...
    *
    W listopadzie szczątki Waltera Naumera razem ze szczątkami innych niemieckich żołnierzy znalezionych w ciągu roku przez Stowarzyszenie Pomost zostaną złożone do wspólnej mogiły na cmentarzu na Miłostowie w Poznaniu. Zostanie odprawione nabożeństwo, wspólną modlitwę odmówią pastor i ksiądz.
ARKADIUSZ JAKUBOWSKI

Tekst ukazał się w Reporterze Leszczyńnskim nr 2/2012

REPORTER nr 2 page 004REPORTER nr 2 page 005



Dodaj komentarz

Nie dodano jeszcze żadnego komentarza do tej publikacji.