Dodano: 2016-11-16 06:12   |   Dodał: a.jakubowski (Arkadiusz Jakubowski)   |   Kategoria: Aktualności

Ostatnie zdjęcie człowieka

Reportaż

Ostatnie zdjęcie człowieka


Jesteś dobrym fotografem i dlatego jak umrę zrobisz mi ładne zdjęcie – powiedział. Trzy dni później zmarł, a Bogdan zrobił najpiękniejsze zdjęcie, jakie potrafił. Ostatnie zdjęcie człowieka, który nauczył go po co i jak takie zdjęcia robić

Śmierć, smutek, żałoba. Trudne, niechciane doświadczenia. Jedni unikają wszelkich śladów tych wydarzeń, inni natomiast uważają, że zachowanie ich jest częścią pamięci o tych, którzy odeszli. Niegdyś nieodzownym elementem tej materialnej pamięci była fotografia. Zdjęcia żałobników, konduktu, a wreszcie samego zmarłego w rodzinnych albumach zamykały doczesną drogę bliskiej osoby. Były klamrą dopinającą życie.

 

Między Wschową a Lesznem


– Można powiedzieć, że za sprawą ojca fotografia towarzyszy mi od najmłodszych lat. Dopiero później przyszedł czas zawodowstwa  – opowiada Bogdan Marciniak.
    Ojciec, Marian Marciniak, zainteresował się fotografią tuż po wojnie. Poniemiecki aparat, jak to wtedy bywało, zdobył od swojego krewnego ze Strzyżewic, który dał mu go za lornetkę. W ten sposób sam zaczął robić zdjęcia.
    – To były amatorskie fotografie, takie dla siebie. Ojciec nigdy nie uczył się tego fachu. Miał swój zwód, pracę, a fotografowanie było czymś osobistym – dodaje Bogdan.
    Te zainteresowania były na tyle poważne, że udzieliły się także synowi. Bogdan miał zaledwie kilka lat, gdy wraz z ojcem zaczął wywoływać zdjęcia w domowej ciemni. Fascynacja chłopaka okazała się równie trwała, co ojca. A nawet większa, gdyż postanowił zrobić z niej zawód. Zostać fotografem.
    Naturalnym sposobem na realizację tych zamierzeń było podjęcie nauki w jakimś zakładzie fotograficznym. I tak w rodzinnej Wschowie trafił do Foto Kosmosu, do zakładu mistrza Mariana Adamczaka. I choć już w pełni samodzielnie przyszło mu swój zawód wykonywać w Lesznie, gdzie znalazł pracę i gdzie do teraz mieszka, a z czasem wyruszać na fotograficzne wojaże w znacznie bardziej odległe zakątki kraju, to nauk swojego mistrza trzyma się do dzisiaj. Szczególnie tych, które dotykają rzeczy tak ulotnych jak szacunek do ludzi i podejście do tych, którym robi zdjęcia.

 

Czas niesie wspomnienia


– Teraz jest taki czas, że częściej myślimy o tych, którzy odeszli – mówi Bogdan siedząc w swoim leszczyńskim atelier. – W moim przypadku te wspomnienia nie dotyczą wyłącznie bliskich, ale także osób, które przyszło mi fotografować na końcu ich drogi. Z fotografią funeralną, czy inaczej pogrzebową przyszło mi się zmierzyć już na samym początku nauki. To bardzo trudna i wymagająca część mojego zawodu.
    Tradycja wykonywania tego typu fotografii sięga swoimi korzeniami do bardzo odległych czasów, a w naszej kulturze ma szczególne miejsce. To właśnie w Polsce w XVII wieku rozwinął się zwyczaj malowania realistycznych portretów, które w trakcie uroczystości pogrzebowych zdobiły trumnę zmarłego. Z czasem ten szlachecki zwyczaj zaczął się coraz bardziej upowszechniać, by w wieku XIX, gdy pojawiła się fotografia, w ten właśnie sposób utrwalać wizerunek zmarłego. Minęły kolejne dziesięciolecia i możliwości techniczne na tyle się rozwinęły, że dzięki aparatowi fotograficznemu można było już nie tylko utrwalić statyczny portret, ale towarzyszyć zmarłemu i żałobnikom w trakcie uroczystości. I tak obok oferty wykonywania zdjęć ślubnych, weselnych, okolicznościowych związanych z mniej lub bardziej oficjalnymi wydarzeniami, zakłady fotograficzne podejmowały się także fotografii pogrzebowej. Nie inaczej było w Foto Kosmos Mariana Adamczaka we Wschowie.
    – Mistrz rzucił mnie od razu na głęboką wodę, trzeba było iść tam, gdzie było zamówienie. Jak wesele, to wesele, a jak pogrzeb, to na pogrzeb, na którym Kresowiacy, którzy po wojnie zasiedlili Wschowę, często śpiewali nad grobem swoje pieśni – wspomina Bogdan Marciniak. – Dobrze pamiętam ten pierwszy. To był pogrzeb kobiety. Znałem ją, jej rodzinę, bliskich i może to też mi trochę pomogło. Ale najważniejsze były wskazówki mistrza.
    Marian Adamczak najpierw był fotografem w Kaszczorze, dopiero później we Wschowie. Miał już naprawdę spore umiejętności, a przede wszystkim doświadczenie. Niejedno widział i niejednego doświadczył towarzysząc ludziom w różnych momentach ich życia. I pewnie dlatego wiedział, że w tym fachu jego techniczna strona to zbyt mało, by klienci docenili fotografa i jego pracę.
    – Powtarzał mi wielokrotnie, że aparat to tylko maszyna. Jasne, że muszę się nauczyć jak najlepiej nim posługiwać, rozumieć go, ale jeszcze lepiej muszę rozumieć ludzi, którym robię zdjęcia. Muszę z nimi rozmawiać, nawiązać dobry kontakt. I to jest święta prawda. Im więcej lat mi przybywało, tym lepiej rozumiałem czego uczył mnie wtedy mój mistrz – mówiąc o tym Bogdan stara się przekazać tę prawdę o swoim zawodzie nie tylko słowami, ale całym sobą. Taki już jest. I tak też robi swoje zdjęcia, techniką i sercem.

 

Żałoba wymaga dyskrecji


Bez wątpienia fotografia funeralna jest wymagającym zadaniem. Fotograf, obcy przecież człowiek, towarzyszy rodzinie w naprawdę trudnych chwilach.
    – Niezbędne jest tu wyczucie granic subtelności i dyskrecji, a jednocześnie należy uchwycić najważniejsze momenty uroczystości, twarze i gesty. Nie można nikogo urazić, przekroczyć granic intymności, nie można być nachalnym. Robiąc zdjęcia podczas pogrzebu muszę być niewidoczny, nie mogę odwracać niczyjej uwagi, zakłócać żałoby, przeszkadzać i powodować czyjegoś dyskomfortu – tłumaczy. – Jednocześnie, przynajmniej tak jest w moim przypadku, atmosfera tej chwili, sposób odnoszenia się do zmarłej osoby żałobników, w jakiejś mierze udziela się także mnie. Trzeba w tym wszystkim umieć się odnaleźć i być prawdziwym.
    Bogdan Marciniak ma za sobą różne doświadczenia. Robił zdjęcia na pogrzebach bliskich, przyjaciół, ale też ludzi których nie znał zbyt dobrze.
    – Można w to wierzyć lub nie, ale ja jestem przekonany, że jeśli zmarły nie życzył sobie zdjęć, to one nie wyjdą. Spotkało mnie coś takiego kilka razy: aparat nie zadziałał, zdjęcia się nie udały, zabrakło karty – wylicza fotograf. – Najważniejsze jest to, jak podchodzi się do tego szczególnego ujęcia. Ja nie fotografuję zwłok. Ja robię ostatnie zdjęcie człowiekowi na tym świecie i muszę zrobić wszystko, aby wypadł jak najkorzystniej. To jest moje zadanie.

 

Ostatnie życzenie mistrza


W archiwum Bogdana Marciniaka sporo miejsca zajmują pogrzebowe ujęcia. Szczególne znaczenie mają dla niego te zrobione podczas rodzinnych uroczystości na cmentarzu w Niechłodzie, wsi z której wywodzi się jego rodzina i gdzie nadal mieszkają jego krewni. Te fotografie to kronika chwil żałoby. Powaga, skupienie, żal i smutek najbliższych. Są też zdjęcia dużo starsze, robione wiele, wiele lat temu. Ich konwencja jest jeszcze inna, bardziej dosadna.
    – Przeglądając albumy, nie tylko te rodzinne, napotykałem na fotografie zmarłych, rodziny zebranej przy trumnie lub przy grobie. To były pojedyncze ujęcia, całe strony albumu lub specjalnie wklejone koperty z wieloma fotografiami. Zawsze uważałem takie zdjęcia za coś normalnego, nie dziwiłem się, że bliscy chcą zachować to wspomnienie – przekonuje fotografik. – Należy pamiętać, że kiedyś fotografia nie była tak dostępna jak dzisiaj, a rodzinne zdjęcia nie żyły tylko chwilę na ekranie telefonu, czy komputera. Były pamiątką na pokolenia. Ich oglądanie było rodzajem pewnego rytuału, opowieści o rodzinie, o korzeniach. Nawet jeśli zmieniły się nieco obyczaje, to nadal uważam, że takie zdjęcia mają swoją wartość, swój głęboki sens. Oczywiście to jest moje zdanie i nie każdy może je podzielać.
    O swoim mistrzu i jego wskazówkach Bogdan Marciniak pamięta do dzisiaj. Ostatni raz rozmawiał z nim w szpitalu. Pokazywał swoje zdjęcia, opowiadał o tym co robi, dzielił się planami. Żegnając się przy szpitalnych drzwiach Marian Adamczak powiedział: Nauczyłem cię wszystkiego, co sam potrafiłem. Jesteś dobrym fotografem i dlatego jak umrę zrobisz mi ładne zdjęcie. To będzie takie podsumowanie naszej współpracy.
    Trzy dni później zmarł, a Bogdan dotrzymał obietnicy.
    – Robiłem je tak, jak mnie tego nauczył. Z szacunkiem wypływającym z serca, z przekonaniem, że tak trzeba. Pochyliłem się nad nim i powiedziałem: Szefie, uśmiechnij się, bo będzie ładne zdjęcie. Przyłożyłem aparat do oka i delikatnie przycisnąłem migawkę – Bogdan milknie.  
    I wyszło. Zrobił najładniejsze, jakie potrafił.
    – Bo szef pozwolił...
KAROLINA STERNAL

REPORTER nr 1788 page 008REPORTER nr 1788 page 009



Dodaj komentarz

Nie dodano jeszcze żadnego komentarza do tej publikacji.