Dodano: 2016-11-03 15:36   |   Dodał: a.jakubowski (Arkadiusz Jakubowski)   |   Kategoria: Aktualności

Dziewczyna z tatuażem

Prawie jak dziewczyna z tatuażem


Dziewczyna z tatuażem  z komputerem podłączonym do internetu potrafi zrobić wszystko: dotrze do najgłębiej ukrytej bazy danych, przeczyta najbardziej tajną korespondencję, złamie nawet najbardziej skomplikowane hasło.  Dziewczyna z tatuażem  jest hakerem. Tak samo jak Anna F. spod Kościana, choć akurat o tym, że nim jest, nie miała zielonego pojęcia.


    Między nimi są dwie zasadnicze różnice. Pierwsza:  dziewczyn z tatuażem o necie wie wszystko i czuje się w nim jak w domu; Anna F. właściwie potrafi tylko  zalogować się do portali społecznościowych.  Druga: dziewczyny z tatuażem tak naprawdę nie ma, żyje tylko na kartach trylogii Millenium Stiega Larssona. Pani Anna istnieje naprawdę, jest księgową, ale nie pracuje, bo prowadzi dom. Właściwie prowadziła, bo dom już nie istnieje.
     Hakerzy to fachowcy: zaglądają w  różne zakamarki Internetu i  potrafią poradzić sobie z niemal każdym zabezpieczeniem, kodem, szyfrem, loginem i hasłem, włamać się do serwera, konta, na stronę. Jedni kradną dane, informacje, pieniądze. Inni robią to, bo chcą pokazać, że potrafią albo  dla jakiejś idei. A pani Anna zrobiła to z miłości i dla prawdy:
    - Żałuję, że musiałam posunąć się do takiej metody, ale prawda jest najważniejsza - wyrzuciła z siebie na sali sądowej podczas swojego procesu i trudno nie poczuć tu do niej odrobinę sympatii.
     Pani Anna, która wprawdzie kwalifikacji hakerskich nie ma żadnych, ale  w sądzie, gdy już sprawa się wydała i przyszło płacić za przewiny, odpowiadała z tego samego karnego artykuły, co najgroźniejsi cyberprzestępcy:  z artykułu 267 kodeksu karnego. Ten artykuł przewiduje karę do 2 lat więzienia za tzw. kradzież informacji. To przestępstwo w polskim prawodawstwie funkcjonuje od dawna, ale sam artykuł był w 2008 roku nowelizowany. Chodziło o to, by przepis nadążał za dynamicznym rozwojem techniki, komputeryzacji, cyfryzacji i nowych technik komunikacji oraz internetu. To właśnie z tego artykułu sądzeni są hakerzy, o ile uda się ich namierzyć i schwytać oraz takie osoby jak Anna B. spod Kościana – hakerka trochę mimo woli.
    W jej przypadku nie chodziło o pieniądze, czy tajne informacje. To po prostu, Wysoki Sądzie, chodziło najzwyczajniej w świecie o zranioną kobiecą dumę.
    Małżeństwo Anny B. legło w  gruzach i od tego wszystko się zaczęło. Kobieta była w ciąży, gdy okazało się, że jej Leszek, ukochany mąż, poza którym świata nie widziała, ma romans. On wprawdzie zaprzeczał, twierdził, że to nieprawda, że tylko ją kocha i za nic, jak boga kocham, za nic by jej nie zdradził, ale tłumaczenia zdały się psu na budę. Wynikła z tego sprawa rozwodowa.  To nie był aksamitny rozwód, podczas którego strony dogadują się bez problemu i po wszystkim idą na kawę. W tym przypadku ona chciała, by orzeczono rozwód z jego winy, on się przed tym bronił.
    Na jednej z rozpraw adwokat kobiety przedstawił dowody, które ostatecznie miały wykazać, że Leszek rzeczywiście romansował z pewną mieszkanką panią spod Leszna i przez to doprowadził do rozkładu związku małżeńskiego z panią Anną. Dowody były liczne i mocne: plik wydruków z korespondencji jaką pan Leszek prowadził na jednym z portali społecznościowych oraz poczty mailowej z ową panią. Screeny inaczej zwane zrzutami ekranowymi, czyli mówiąc prościej wydruki obrazów, które widać na monitorze komputera nie pozostawiały wątpliwości. Pełne były czułych słów i wyznań. Charakter tej znajomości mógł być tylko jeden:  miłosno-erotyczny. Dzięki temu orzeczenie o winie męża pani Anna miała już w kieszenie (a raczej w  torebce), ale było to zwycięstwo pyrrusowe. Bo mąż poskarżył się na nią policji.
    - Nie wiem jak żona weszła w posiadanie loginów i haseł potrzebnych do wejścia na moje profile w Internecie - mówił Leszek F. - Z wydruków widać, że ktoś musiał się zalogować. A  ja nikomu nie udostępniałem haseł. Za każdym razem gdy się logowałem, wpisywałem je z klawiatury.
    Mało tego. Jego znajoma, ta z którą korespondował, twierdziła, że rozmawiając któregoś razu z Leszkiem F. za pośrednictwem sieci zorientowała się, że tak naprawdę nie rozmawia z nim, ale z Anną F., która się pod swego męża podszyła.
    - Ktoś się włamał na moje konta - zeznał na policji Leszek F.
    Przepytana przez policjantów Anna F. właściwie do razu się przyznała:
    - Wydruki otrzymałam od pewnej osoby, ale nie mogę powiedzieć, kim ona jest – zeznała. Dodała jednak, że to ona tej osobie udostępniła loginy i hasła do kont swego męża: - Miał je zapisane na kartce, którą znalazłam, gdy jeszcze mieszkaliśmy razem.
    Przyznać trzeba, że policjanci bardzo sprawnie poradzili sobie z ustaleniem, kim jest owa „pewna osoba”. Po pierwsze analizując wydruki zrzutów ekranowych zauważyli, że zrobiła je osoba, która posługiwała się w swoim komputerze angielskojęzyczną przeglądarką internetową. Ciekawych informacji dostarczyła też analiza danych dostarczonych przez administratorów serwerów, na których Leszek F. miał konta. Wynikało z nich, że od stycznia do marca logowano się na jego konta z adresów internetowych będących w puli jednego z angielskich dostawców internetu. To był trop, który doprowadził funkcjonariuszy do Kamila P., kuzyna Joanny F. Mężczyzna od kilku lat mieszka i pracuje w Anglii. I nie darzy sympatią męża kuzynki.
    To typowanie było strzałem w dziesiątkę. Kamil P., przesłuchany  podczas jednej z wizyt w Polsce od razu przyznał się do winy.
    - Moja kuzynka poprosiła mnie, żebym pomógł w zebraniu dowodów do postępowania rozwodowego - zeznał kuzyn. - Dowody miały zaprzeczać temu, co on mówił na rozprawach rozwodowych.  Ania dostarczyła mi loginy i hasła, a ja postanowiłem przejrzeć jego profile. Nagrywałem na CD te treści, które wydały mi się przydatne dla Anki. Przegrałem kilkadziesiąt zrzutów ekranowych. Po wysłaniu skasowałem je z mojego komputera. Teraz żałuję, że się dałem namówić.
    Kamilowi P. postawiono kilkadziesiąt zarzutów kradzieży  informacji.
    Pani Ania  była lojalna i, choć nie udało jej się ukryć tożsamości swego pomocnika, broniła go:
    - Kuzyn nie chciał tego robić, ale ja nalegałam i wiele razy go prosiłam – zeznała. I zaraz dodała, wcale nie okazując takiej wielkiej skruchy: - Prawda jest najważniejsza.
    Anna F. została skazana przez na 700 zł grzywny, Kamil P. na 5000 zł. Wyrok nie jest prawomocny.
Maciej Górecki
PS Wszystkie imiona i inicjały zmieniono

REPORTER nr 16(87) page 013REPORTER nr 16(87) page 014



Dodaj komentarz

Nie dodano jeszcze żadnego komentarza do tej publikacji.