Dodano: 2017-08-03 18:19   |   Dodał: a.jakubowski (Arkadiusz Jakubowski)   |   Kategoria: Aktualności

Wakacyjna przygoda

Nawet w wakacje w każdej chwili człowiek może stanąć przed wyzwaniem, którego się nie spodziewał.

Taka historia: popołudnie, komputer i ja. Aż tu nagle: „Tata, tata, chodź szybko na ogród!” to moja najmłodsza latorośl była. „Po co?” pytam. „Chodź, bo na naszym ogrodzie biega (!) żółw...” Faktycznie to był żółw i z tym bieganiem nie było wiele przesady. Żółwie naprawdę potrafią być bardzo szybkie :) Ponieważ w całym swym dotychczasowym życiu zawsze miałem jakieś zwierzę, ale nigdy żółwia, ten nie mógł więc należeć do nas. Możliwości były dwie: albo przeskoczył :) przez nasz płot z ulicy, albo ktoś go normalnie na nasz ogród wyekspediował. Osobiście stawiałem na to drugie: od razu przypomniałem sobie wszystkie materiały dziennikarskie o tym jak to ludzie przed urlopami pozbywają się swoich pupili podrzucając je gdzie bądź. Podobno to wakacyjna plaga w Polsce. Wielu pozbywa się też żółwi nie w wakacje, ale ponoć wtedy, gdy po prostu podrosną i na przykład nie mieszczą się już w akwariach. A ten „nasz” był całkiem spory: taka mniejsza cegła. A do tego był najwyraźniej głodny i przestraszony (i przez to agresywny: każda próba dotknięcia kończyła się sykiem i pokazem ząbków – serio!). Dzieciaki miały ubaw, ja nie. Po pierwsze zwierzę jako istota boża wymaga opieki, a ja nie miałem pojęcia jak się żółwiem, nawet doraźnie, zająć. Po drugie po prostu nie chciałem mieć żółwia i nie miałem pojęcia (jeszcze) co z tym „naszym” zrobić, a co gorsza, poczułem się już za niego odpowiedzialny. W pierwszej chwili przyszedł mi na myśl Roman. To znajomy miłośnik zwierząt (wraz z żoną), który ma w ogrodzie żółwia i jest nim zachwycony. Pytam przez telefon, czy chce drugiego. Przywieź! nawet się nie zastanawiał. Jedziemy, a na miejscu objawia się prawdziwa skala problemu, jaki wraz z podrzuconym żółwiem pojawił się na naszym ogrodzie. Roman ma żółwia lądowego, a nasz, jak natychmiast rozpoznała Romana małżonka, to żółw wodny, czerwonolicy. Nie dosyć, że to obcy gatunek żółwia ozdobnego przywleczony do Polski chyba z USA, to jeszcze na dodatek gatunek inwazyjny czyli zagrażający naszym gatunkom rodzimym. Żeby było jeszcze ciekawiej, w przeciwieństwie do spokojnego roślinożernego żółwia lądowego, czerwonolicy to mięsożerny drapieżnik, co zresztą natychmiast było widać w jego reakcji na romanowego żółwia lądowego. Wracamy więc z naszym żółwiem do domu – u Romana nie zamieszka. Jest wieczór, trzeba czekać do jutra. Nalewam wody do miski, wkopuję ją w ziemię na ogrodzie po dereniem, wrzucam na dno kilka kamieni, potem wkładam żółwia. Wcześniej daję mu ślimaka z ogrodu (wysysa wnętrze w kilkanaście sekund) i kawałek podkradzionej naszej Dakocie (kotce rasy „kot wiejski pospolity”) drobiowej wątróbki. Nazajutrz rano żółwia nie ma w misce z wodą... Jest kawałek dalej, wygrzewa się w słońcu. Jestem już mądrzejszy o wiedzę zdobytą nocą w internecie. Już wiem, że jest bardzo niewiele miejsc w Polsce, które takie żółwie przyjmują i generalnie w przypadku znalezienia takiego zwierzęcia znalazca ma baaaardzo duży kłopot. Wypuścić go do stawu nie można, ogród zoologiczny przyjąć może, ale nie musi (gdzie tu zresztą w Lesznie ogród zoologiczny?). Najlepiej znaleźć prawowitego właściciela, ale tego akurat dokonać w naszym przypadku nie sposób. W sieci piszą też jednak, że można próbować dzwonić do Straży Miejskiej i ich prosić o pomoc. Może pomogą. Straż Miejska z Leszna na szczęście pomogła (i wielkie jej dzięki z to!). Było trochę śmiechu z tym zgłoszeniem, ale pomoc otrzymałem. Po pół godzinie od telefonu przyjechała do nas bardzo sympatyczna, młoda pani ze schroniska w Henrykowie. Najpierw tylko spytała, czy w sąsiedztwie ktoś nie ma oczka wodnego w ogrodzie, bo może jemu ten żółw uciekł. Ale wiem, że nikt z bliskich sąsiadów oczka nie ma. Poza tym to nie możliwie, żeby ten żółw samodzielnie przedostał się przez nasz płot na ogród. Słowem: podrzutek. Pani spisała moje dane i żółwia zabrała, obiecując, że choć nie będzie to łatwe, znajdzie mu jakieś miejsce. Kto myśli, że na tym historia się kończy, jest w błędzie. Teraz będzie najlepsze. Wieczorem wyszliśmy do ogrodu: małżonka, żeby sprawdzić roślinki, ja, przyznaję, z duszą na ramieniu sprawdzałem, czy nie ma kolejnego podrzutka. Nie było. Na ulicy za to pojawił się sąsiad z przeciwka, pan koło siedemdziesiątki. Jechał rowerem, a na nasz widok zahamował z piskiem (prawie) opon. „Ty Arek, słuchaj, wczoraj na chodniku łaził tutaj żółw”... zaczął a ja zastrzygłem (dosłownie) uszami. „I co?” pytam ja. „No żal mi się go zrobiło, to go przełożyłem przez płot do waszego ogrodu,żeby się nażarł trawy...” Jak Boga kocham u niego w ogrodzie też trawy nie brakuje, ale najwyraźniej sąsiad uznał, że naszym ogrodzie jest jednak ona smaczniejsza :) Przyznaję bez bicia, że krew mi się trochę wzburzyła i pomarudziłem mu nieco uświadamiając, że skoro się dokonuje znaleziska, to należy wziąć za nie odpowiedzialność, a nie przerzucać ją na inne barki tudzież przez plot. Stał, słuchał i robił się coraz bardziej czerwony (tak mi się przynajmniej wydawało). I właśnie w tym momencie pojawia się na ulicy sąsiadka mieszkająca pięć, sześć domów od nas. Wraca z wieczornego marszu z kijkami. „Dzień dobry, dzień dobry” i idzie dalej, a ja znowu sąsiadowi o tym żółwiu gadam. Gdy sąsiadka z kijkami słyszy słowo „żółw” staje jak wmurowana. „A nam z oczka wodnego uciekł dwa dni temu żółw” odwraca się do nas. Mówię jej jak było, a ona zasuwa do domu. Jeszcze tego samego dnia ma jechać po niego do Henrykowa. I w ten oto sposób historia żółwia znalazła swój happy and. Po pierwsze, że nawet coś niewielkiego może być sporym problemem. Po drugie, że są rzeczy na tej ziemi, na które nie mamy żadnego wpływu. No bo czy ktoś był w stanie zaplanować, że sąsiadka minie nas akurat w tym konkretnym miejscu i momencie? Ja osobiście tylko jednego teraz żałuję: że nie spytałem sąsiada, czy gdy na chodniku znajdzie stówę, to też ją przerzuci do naszego ogrodu? Arkadiusz Jakubowski



Dodaj komentarz

Nie dodano jeszcze żadnego komentarza do tej publikacji.