Dodano: 2017-03-29 05:29   |   Dodał: a.jakubowski (Arkadiusz Jakubowski)   |   Kategoria: Aktualności

Tu byłem. Tony Halik

Publikujemy fragment kolejnej reporterskiej książki w dorobku Mirosława Wlekłego (współpracującego z Reporterem Leszczyńskim). Po świetnie przyjętej przez krytyków i czytelników "All Inclusive", reporterskiej podróży po Dominikanie, tym razem Mirek zabiera nas w ekspedycję śladami Tony Halika. To podróż pasjonująca: pełna przygód, zwrotów akcji i odkrywanych tajemnic, których istnienia nikt się nie spodziewał.Uważacie, że wiecie, kim był Tony Halik? Sięgnijcie po tę książkę, a przekonacie się, w jakim błędzie byliście. A poniższy fragment publikujemy na pobudzenie apetytu na więcej...

Skoczkowie z Acapulco
    Pedro odrzuca z czoła kosmyki włosów, bo spadają mu na oczy. Stoi na szczycie La Quebrady i patrzy na rozbijające się o skały trzydzieści metrów pod jego stopami fale. Przed chwilą odmówił modlitwę przed ołtarzykiem Najświętszej Panienki. Z tarasu hotelowego i ze schodów na ścianie wąwozu setki, a może tysiące oczu podziwiają jego atletyczne ciało. „To dla ciebie, dziewczyno z Acapulco”, myśli. Chwila skupienia, w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, skok i leci. Operator amerykańskiej telewizji odprowadza go do wody długim ujęciem kamery. Skoczek na wiele sekund niknie pod powierzchnią oceanu.
    Film z tą sceną wyemitował na początku lat siedemdziesiątych Program 1 Telewizji Polskiej w cyklu „180 tysięcy kilometrów przygód”. Po filmie łysawy reporter z dziwnym akcentem opowiadał o zwyczaju skoków ze skały La Quebrada w Acapulco.
    Przed telewizorem w swoim mieszkaniu w Warszawie siedziała trzydziestoparoletnia dziennikarka miesięcznika „Kontynenty" Elżbieta Dzikowska.
    -To wtedy zobaczyłam go po raz pierwszy – uśmiecha się.    Do Acapulco wyruszam ponad czterdzieści lat później śladami Tony’ego Halika. Od półtora roku usiłuję odkryć prawdę ukrywającą się pod legendą, którą Halik stworzył na swój temat. Byłem już we Francji, Stanach Zjednoczonych, zjechałem kawał Polski, czeka mnie jeszcze podróż przez Meksyk, a potem wyjazd do Argentyny, przeszukiwanie polskich, niemieckich i brytyjskich archiwów i przede wszystkim rozmowy. To nie jest zbieranie materiału do książki. To jest szalona przygoda, w której trzeba uważać, żeby samemu się nie zgubić między fikcją i rzeczywistością.
    
    - Skaczą, jak skakali. Od dziesięcioleci tak samo. Tylko jedna rzecz się zmieniła. Wiesz co? Kąpielówki. Wtedy mieli męskie, dzisiaj noszą mocno wcięte. Jak geje - próbuje mnie uświadomić Genaro, taksówkarz. Jedziemy biało-granatowym garbusem, jakie od lat kursują po ulicach Acapulco. Nadmorską promenadę otaczają kilkunastopiętrowe hotele i rzędy palm. Docieramy nią do La Quebrady.
    Z klifu nad zatoką Acapulco pierwszy skoczył w 1933 roku Rigoberto Apac Ríos. Namówili go przyjaciele. Gdy spadał w kipiel z prędkością osiemdziesięciu kilometrów na godzinę, świadkowie przecierali oczy ze zdumienia. Skok był udany, ale Rigoberto nie miał zamiaru go powtarzać – wystarczy, że raz wykazał się odwagą. Będą robić to inni. Zazwyczaj rybacy po udanych połowach, aby rzucić morzu jeszcze jedno wyzwanie.
    Sześć lat przed skokiem Rigoberta powstała bita droga z Acapulco do stolicy Meksyku. W mieście przybywało turystów. Na organizowany od 1958 roku festiwal filmowy zjeżdżały gwiazdy światowego kina. To najsłynniejszy kurort świata, ulubione miejsce bogaczy i gwiazd. Gdzie - jak pisał Halik w 1967 roku w magazynie „Life” - „pod pięknem miasta ukrywały się znaki grzesznej Gomory"1. Gdzie wzdłuż turkusowej zatoki królowały seks, hazard i narkotyki. La Quebrada, skała nad zachodnim krańcem zatoki, stała się ikoną miasta. Skoczków podziwiały gwiazdy Hollywoodu i zwykli turyści. Od 1934 roku urządzano tu oficjalny „show de clavadistas”, pokaz skoczków, który ściągał na wzgórze coraz więcej ciekawskich.
    Najsłynniejszy z nich to Raúl Arturo García Bravo (1928-2004). Mówili na niego „El Chupetas”. Wymyślił nocne skoki z pochodniami, które odbywają się do dzisiaj: skoczek staje nad przepaścią, rozpalone pochodnie trzyma w obu rękach, nie widzi przypływu ani odpływu wody w dole, skacze na wyczucie. „El Chupetas" występował w filmach u boku sław: Elvisa Presleya, Maria Moreno „Cantinflasa", Pedra Armendáriza, Germána Valdésa „Tin-Tana". W „Tarzanie" dublował Johnny'ego Weismullera. Ustanowił rekord Guinnessa: 37 tysięcy 399 skoków. Właściwie o jeden więcej, bo w 1998 roku, w wieku 70 lat, po dwunastu latach od zakończenia kariery, skoczył jeszcze raz. Inni skoczkowie zazwyczaj zaczynają karierę w wieku 17 lat, kończą, kiedy mają 45. W tym czasie skaczą jakieś piętnaście tysięcy razy.
    Ponad pół wieku po wizycie Halika na La Quebradzie na tarasie przy stolikach hotelowej restauracji siedzi kilka osób. Na wijących się jak ślimak schodach i tarasikach ściany wąwozu stoi ze sto pięćdziesiąt. Czekają na skoczków.
    - Nigdy żaden się nie zabił. Nieraz za to spadali ze skał nieostrożni turyści. Ile razy skakałem? Trzeba by policzyć. Przez dwadzieścia lat dwa, trzy razy dziennie. Chociaż ostatnio skaczę mniej. Co trzy, cztery dni. Jestem już weteranem, robię miejsce młodym. Teraz to oni skaczą codziennie - opowiada mi na La Quebradzie w oczekiwaniu na skoki José Luis Álvarez Bello. Ma czterdzieści pięć lat, ale wcale nie myśli o zakończeniu kariery. Śniady, niski, krępy. Siedzimy na zadaszonym tarasie w widokiem na klif. Za chwilę wdrapie się na niego z pięcioma młodymi skoczkami: José, Genaro, Ernestem, Alexisem i Ulisesem. Pomodlą się przed figurą Najświętszej Panienki, jak robił to Elvis Presley w filmie „Zabawa w Acapulco", niektórzy nawet ją pocałują.
    Dzisiaj to już nie jest obowiązkowe. Ale lepiej się pomodlić. Bo kiedy wspinasz się po skałach i wiesz, że zaraz masz skoczyć, adrenalina szybko rośnie. Więc gdy stajesz przed Matką Boską, to nieważne, czy jesteś wierzący czy nie, głęboki oddech przed kapliczką pomaga się zrelaksować – Álvarez Bello nie przestaje mówić, ale nie odrywa oczu od skały. Za chwilę stanie z innymi na krawędzi. Na chwilę zamknie oczy. Mocno odbije się od klifu. I zniknie w wąskiej rozpadlinie pomiędzy ostrymi skałami.
    Tnie muzyka disco. W drewnianej budce sprzedają zmrożone piwo. Na skale, tuż pod kapliczką Panienki z Guadalupe, skoczkowie powiesili wielki baner z okazji przyjazdu do Meksyku papieża Franciszka. W Acapulco odbędzie się specjalne nabożeństwo i skoki na cześć Ojca Świętego. Oglądam więc skoki do wody z machającym ręką papieżem w tle. Disco, kąpielówki, Matka Boska z Guadalupe, piwo, skoki, Franciszek - latynoski miszmasz.  
    Zagraniczne turystki proszą o wspólne zdjęcie ze skoczkami i odjeżdżają garbusami do luksusowych hoteli. A skoczkowie, aby dorobić do marnych groszy z biletów, ustawiają się przy wyjściu w rzędzie i zbierają datki do przezroczystych worków.
    U Halika było bardziej romantycznie: pierwszy w życiu skok pozwolił Pedrowi zdobyć sławę i miłość. Nie chciał pieniędzy, a swój debiut ofiarował dziewczynie o wielkich czarnych oczach.
    W czarno-białym telewizorze Wisła Acapulco nie wyglądało tak imponująco jak w rzeczywistości. W dodatku ten Halik!
    -Jaki śmieszny facet – pomyślała Elżbieta Dzikowska. I wyłączyła go.

  -Okazało się, że tylko z ekranu, bo nieświadomie włączyłam go w życie - mówi.

Barszczyk
    W połowie 1974 roku Elżbieta Dzikowska, którą magazyn „Kontynenty" wysyłał właśnie do Meksyku, dostała nieoczekiwaną propozycję: miała przeprowadzić w Meksyku wywiad z Tonym Halikiem. Tym śmiesznym facetem, którego niedawno widziała w czarno-białym telewizorze.
    Zadanie powierzył jej Ryszard Badowski, pierwszy Polak, który postawił nogę na wszystkich kontynentach, filmowiec. I autor pierwszego programu podróżniczego w polskiej telewizji: „Klubu sześciu kontynentów. Kawiarenki pod globusem”.

Odkrycie
    Z polsko-peruwiańską ekspedycją w poszukiwaniu inkaskiej stolicy było tak:
    - Caramba! - klął po hiszpańsku Halik, bo gdy zaczął filmować wielkie wydarzenie, akurat zaszło słońce.
    W lipcu 1976 roku w butach amerykańskich marines przedzierał się przez tropikalny las w Peru. Cały dzień kamerę nieśli mu tragarze. Ręka musiała być wypoczęta, nie mogła zadrżeć przy filmowaniu odkrycia. Edmunda Guilléna Guilléna, peruwiańskiego naukowca, specjalnie ubrał w czerwoną koszulę, by efektownie wyglądał na tle zielonego gąszczu. Do kamery włożył taśmę Fuji o czułości czterysta asa. Wyciągnął światłomierz...
    - Światło! - krzyczał, a członkowie eskapady natychmiast karczowali kilka cedrów. Drzewa padały, odsłaniały pochmurne niebo, światła wciąż brakowało.
Odkrycie trzeba było przełożyć na następny dzień.
    Wyprawa zaczęła się niedługo po tym, jak w czerwcu 1976 roku Elżbieta i Tony zamieszkali w bloku przy ulicy Inflanckiej w Warszawie. Ale do Peru wyruszyli oddzielnie: Elżbieta z Warszawy, Tony z Nowego Jorku. Wspólny był za to cel: Vilcabamba.
    Podczas poprzedniego pobytu w Limie Elżbieta Dzikowska poznała profesora Edmundo Guilléna Guilléna. Był rówieśnikiem Halika (1921) i rektorem prywatnego uniwersytetu imienia Ricardo Palmy. Pierwsze nazwisko miał po matce, drugie po ojcu. Choć nie byli spokrewnieni, nazywali się tak samo. Niewysoki, krępy, dobrze zbudowany, cerę miał smagłą, włosy gęste i czarne. Był piewcą istnienia historii równoległej do tej napisanej przez Hiszpanów. Historii z punktu widzenia Inków. W Sewilli przez rok przeglądał i kopiował archiwa z Nowego Świata. Marzył, by doprowadziły go do Vilcabamby, ukrytych w gęstym lesie ruin legendarnej ostatniej stolicy Inków z lat 1536-1572. Guillén opowiedział o swoich planach Elżbiecie Dzikowskiej. Nigdy wcześniej nie słyszała o Vilcabambie. Ale chciała za wszelką cenę przyłączyć się do wyprawy. Brakowało pieniędzy, więc namówiła Tony'ego, a on przekonał swoich amerykańskich pracodawców. I pieniądze się znalazły.
(...)
    Nazajutrz brnęli w błocie. Elżbiecie Dzikowskiej chciało się pić.
    -Tony! - wołam. Ale Halik mnie nie słyszy. Nie słyszy nikogo. On też jest skupiony, chociaż w inny sposób. Musi zrobić film o odkryciu Vilcabamby […]. Potrzebne mu jest „mięso": obraz. Obraz Vilcabamby. Czy ją odnajdziemy?

MIrosław Wlekły


"Tu byłem. Tony Halik" , Mirosław Wlekły, Wydawca: Agora SA, Warszawa, marzec 2017

REPORTER nr 0495 page 013REPORTER nr 0495 page 014



Dodaj komentarz

Nie dodano jeszcze żadnego komentarza do tej publikacji.