Dodano: 2017-03-29 04:44   |   Dodał: a.jakubowski (Arkadiusz Jakubowski)   |   Kategoria: Aktualności

Zawodowe życie młodych

Z dyplomem inżyniera pracę można znaleźć w ciągu w jednego dnia. Bez wykształcenia poszukiwania potrafią ciągnąć się całymi miesiącami

Weronika miała już dość ciągłego proszenia rodziców o pieniądze.

– Ile mogę wysłuchiwać dogadywania, że jestem już pełnoletnia i na swoje zachcianki powinnam zarabiać sama – wspomina. Postanowiła więc wykorzystać okres pomiędzy maturą a rozpoczęciem studiów na dorywczą pracę. Opracowała CV, które z racji młodego wieku i braku doświadczenia było niemal puste i rozniosła je po restauracjach oraz barach. Po czasie wspomina, że w swoich poszukiwaniach miała sporo szczęścia. Większość jej koleżanek nie znalazła pracy, lub dostała ją na bardzo złych warunkach. Tymczasem do Weroniki już po kilku dniach odezwał się właściciel jednego z ogródków piwnych, działających na leszczyńskim Rynku. Krótkie przeszkolenie w obsłudze klientów i dziewczyna mogła zacząć pracę. Oferowana stawka – 7 zł za godzinę. Jak na tamte czasy, a było to sześć lat temu, całkiem nieźle. Do tego napiwki. Szczególnie miło wspomina jednego z klientów, który w ciągu jednego wieczora zostawił u niej jakieś 40 czy 50 złotych, czyli prawie tyle ile wynosiła jej dniówka. Letni sezon w Lesznie szybko się jednak skończył, a Weronika wyjechała na studia. Najpierw do Szczecina, a później do Gdyni.

Amerykańskie pieniądze

Jeszcze więcej szczęścia w poszukiwaniu pracy miał Tomasz, także leszczynian. Jego mieszkający w Stanach Zjednoczonych starszy brat zaprosił go do siebie na wakacje. Oprócz zwiedzania była też załatwiona po znajomości praca. Tomasz uśmiecha się kiedy pytam jakie pieniądze zarabia się w Ameryce. Odpowiedź sprawia, że przez chwilę sam zaczynam rozważać myśl o przeprowadzce za ocen. Mój rozmówca za godzinę pracy dostawał wówczas bagatela – 48 dolarów, co przy ówczesnym kursie dawało jakieś 150 złotych. Tomasz szybko dodaje jednak, że praca trwała tylko tydzień, więc nie zdążył się przez ten czas jakoś specjalnie dorobić. Tłumaczy również, że oferowana stawka nawet jak na amerykańskie warunki była bardzo atrakcyjna. Z reguły budowlańcy zarabiają tam znacznie mniej.

Sprawdzam czy jest tak w rzeczywistości. Według serwisu PayScale typowa stawka godzinowa wypłacana niewykwalifikowanym pracownikom budowlanym w Stanach Zjednoczonych w ubiegłym roku wynosiła od 12 do 18 dolarów. Trzeba więc przyznać, że Tomasz załapał się na nie lada fuchę.

Idź na studia

Łatwość z jaką moi rozmówcy zaraz po maturze znaleźli swoją pierwszą pracę wciąż stanowi raczej wyjątek od reguły. Przynajmniej tak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego. Instytucja podaje, że w okresie kiedy Weronika i Tomasz zarabiali już swoje pierwsze pieniądze, stopa bezrobocia wśród osób w wieku od 15 do 24 lat wynosiła w naszym kraju blisko 30 proc. Dziś jest pod tym względem nieco lepiej. Mimo to w III kwartale ubiegłego roku w tej grupie wiekowej pracy nadal nie mogło znaleźć aż 18 proc. osób. Co ważne – ten odsetek dotyczy wyłącznie osób, które rzeczywiście szukają pracy oraz są gotowe podjąć ją w każdym momencie. Jeśli ktoś ma 19 czy 20 lat i nie ma potrzeby bądź też konieczności pracowania, bo np. wydatki związane ze studiami pokrywają rodzice to w świetle metodologii GUS nie jest bezrobotnym. Trzeba też dodać, że definicja osoby pracującej jest w tym przypadku bardzo liberalna. Jeśli ktoś w ciągu tygodnia przepracował chociażby godzinę albo dwie np. pomagając sąsiadowi na budowie, uznawany jest już za kogoś kto pracę posiada.

Szukam zawodowych porad dla świeżo upieczonych maturzystów w internecie. Ogólny wniosek jest jeden: chcesz mieć dobrą pracę, zainwestuj w siebie i idź na studia. Do tego czasu należy przygotować się na to, że nasza praca (poza nielicznymi wyjątkami jak np. model czy hostessa) będzie ciężka i nisko płatna. Sytuację młodych na rynku pracy najlepiej podsumowuje komentarz jednego z internautów: „jak najwięcej za jak najmniej”.

Praca ciekawa, ale...

Przekonajmy się czy rzeczywiście uniwersytecki dyplom to przepustka do lepiej płatnej pracy. Pytam Weroniki, absolwentki studiów licencjackich z oceanografii o jej pierwsze zawodowe doświadczenia już jako osoby z wyższym wykształceniem. Odpowiada, że początkowo było rzeczywiście ciężko. Jedyna oferta (koniecznie chciała pracować w swoim zawodzie) jaką miała to bezpłatny staż w Urzędzie Morskim w Gdyni z nikłą szansą na zatrudnienie po jego zakończeniu. Po kilku miesiącach na stronie gdańskiego Instytutu Morskiego pojawiła się jednak oferta pracy jako pomiarowiec. Weronika zaaplikowała i została zaproszona na kolejny staż. Tym razem nie było jednak siedzenia za biurkiem, a treningowe rejsy po Zatoce Gdańskiej i ujściu Wisły. Wszystko w mrozach i często w sztormowych warunkach. Praktyka odbywała się bowiem w miesiącach zimowych. Nic dziwnego, że po jej zakończeniu z ponad 20 kandydatów chętnych do pracy pozostało zaledwie dwoje, w tym Weronika.

Dziś, mając zaledwie rok zawodowego stażu jako pomiarowiec, moja rozmówczyni uczestniczy w licznych międzynarodowych projektach. Pytam czym zajmowała się ostatnio? Odpowiada, że pracowała przy pomiarach na akwenach, w których żyją foki. Widok był niesamowity, kiedy podczas pracy dookoła jej łodzi pływały ich tysiące. Inne realizowane zadanie to pomiary na potrzeby budowy wielkiej farmywiatraków, które na gigantycznych podporach staną gdzieś w głębi Morza Bałtyckiego.

Z pewnością nie jest to zwyczajna praca, ale czy też satysfakcjonująca pod względem finansowym? Weronika tłumaczy, że pracuje w trybie zmianowym. Przez cztery tygodnie pozostaje w pełnej dyspozycji do wyjścia w morze i niekiedy przez większość tego czasu pływa po Bałtyku nie schodząc w ogóle na ląd. Przez kolejne cztery ma natomiast wolne.

W końcu pytam o zarobki. W odpowiedzi słyszę, że to chyba najgorsza część jest pracy. Zarobki są sporo poniżej średniej krajowej (przyp. 4,2 tys. zł brutto miesięcznie), ale za to na statku jest kucharz i darmowe wyżywienie – śmieje się Weronika. Wypłata wpływa jednak na jej konto niezależnie od tego czy akurat służy na statku czy akurat ma przerwę. Plusem jest też o kilka dni dłuższy, niż u pracowników biurowych okres urlopowy. Jestem rządny kolejnych informacji. Rozmówczyni dodaje więc, że pracując dla konkurencyjnej firmy początkujący pomiarowiec może liczyć na 300 zł dziennie. Bardziej doświadczony na 500 zł. Wyjaśnia, że w takim trybie wynagrodzenie dostaje się jednak wyłącznie za czas spędzony w pracy. Kiedy się nie pływa, bo np. nie pozwalają na to warunki pogodowe, portfel pozostaje pusty.

Kończę rozmowę pytając o zawodowe perspektywy. Dowiaduję się, że są spore. Jeśli Weronika awansuje na pozycję tzw. party-chiefa, czyli osoby de facto dowodzącej statkiem, może liczyć na podwojenie wynagrodzenia. Jeśli to samo będzie robić dla firmy niemieckiej czy amerykańskiej, zarobki będą liczone już w setkach ale nie złotych tylko euro lub dolarów dziennie. Zaglądam ponownie na stronę serwisu PayScale. Przeciętne roczne wynagrodzenie oceanografa w Stanach Zjednoczonych to 60 tys. dolarów. Zarobki party-chiefa lub kapitana przekraczają już 100 tys. dolarów na rok.

Elastyczny czas

Wróćmy do Tomasza, który od powrotu z Ameryki zdążył skończyć studia inżynierskie na krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej. Kierunek: automatyka i robotyka. W przerwie semestralnej odpowiedział na ofertę jednej z firm działających w leszczyńskiej strefie ekonomicznej. Pracował tam przez dwa miesiące, ucząc się i nadzorując proces produkcji. Ze stażu jest zadowolony, choć dodaje, że bywało ciężko. Zdradza także wynagrodzenie. Za miesiąc pracy otrzymał ok. 1600 zł „na rękę”. Jak na leszczyńskie warunki to całkiem nieźle. Po skończonej praktyce Tomasz kontynuował studia i już jako magister-inżynier znalazł pełnoetatową pracę w leżącej w Straszynie koło Gdańska firmie zajmującej się automatyką.

Mówię mu, że słyszałem o tym jak ciężko o pracę wśród młodych ludzi i pytam czy długo rozglądał się za zatrudnieniem? Z rozbrajającym uśmiechem odpowiada, że trwało to kilka godzin. Pierwsze wysłane CV okazało się jednak pudłem. Podjął pracę jako automatyk w jednej z największym polskich firm związanych z przemysłem mleczarskim. Jednak widząc stosowane tam standardy BHP (a raczej ich brak) rezygnował z niej przed zakończeniem pierwszego dnia. Przed upływem kolejnych dwudziestu czterech godzin był już zaproszony na kolejną rozmowę kwalifikacją w firmie, w której pracuje do dziś.

Pytam o warunki. Tomasz odpowiada, że pod względem finansowym są znacznie lepsze niż te w Lesznie (chociaż do średniej krajowej jeszcze trochę brakuje). Jest jednak ciężko. Najbardziej przeszkadzają mu wyjazdy służbowe oraz…elastyczny czas pracy. Elastyczny czas to chyba atut a nie wada – dziwię się? Tomasz wyjaśnia, że w jego przypadku oznacza to, że jeśli jest taka potrzeba to pracuje nawet po kilkanaście godzin dziennie. Niekiedy do drugiej czy trzeciej w nocy. Następnego dnia zjawia się natomiast w firmie na zaledwie godzinę lub dwie.

– W ciągu miesiąca pracuję tyle ile wynosi pełen etat. Rzadko kiedy wychodzą mi nadgodziny. Mimo tego taki elastyczny tryb potrafi być bardzo uciążliwy – tłumaczy.

Jestem ciekawy perspektyw zawodowych Tomasza. Mówi, że w jego firmie praktycznie nie da się awansować sensu stricto. Można w niej pracować jako automatyk (tak jak on) lub kierownik, który zarządza pracą automatyków. Brak możliwości awansu to chyba źle – stwierdzam. Mój rozmówca się jednak nie przejmuje. Tłumaczy mi coś zawile o stażu pracy i spełnieniu standardów ISO. Nie wszystko rozumiem. Jasne jest jednak dla mnie to, że po roku pracy Tomasz ma szanse na sporą podwyżkę. Obowiązki pozostaną te same, w górę pójdzie za to wynagrodzenie.

Sprawdzam jeszcze ile przeciętne płaci się automatykom w Polsce. Według serwisu Wynagrodzenia.pl mediana na tym stanowisku wynosiła 4,2 tys. zł brutto miesięcznie, przy czym co czwarty może liczyć na przynajmniej 5,3 tys. zł brutto. W przypadku kierowników jest to średnio o 2-2,5 tys. zł brutto więcej.

Zależy od zawodu

Historie Tomasza i Weroniki pokazują, że zarówno dla maturzystów jaki i absolwentów uczelni wyższych jest praca. Ten pozytywny obraz w skali całego kraju lub regionu leszczyńskiego może nie wyglądać jednak już tak różowo. Jak wynika z zestawienia firmy rekrutacyjnej ManpowerGroup inżynierowie (Tomasz) oraz technicy (Weronika) to obecnie (obok wykwalifikowanych pracowników fizycznych) profesje, w których niedobory kadrowe są największe. W tych zawodach rąk do pracy brakuje. W innych, jak chociażby gastronomia czy hotelarstwo takich niedoborów już nie ma. Z tego powodu o zatrudnienie jest tam niezwykle trudno, a płace rzadko kiedy przekraczają krajowe minimum (przyp. 2 tys. zł brutto miesięcznie). Często na jedno wysłane CV wpływa kilkaset kandydatur, a poszukiwanie zajęcia ciągnie się miesiącami.

RAFAŁ JANIK

REPORTER nr 0495 page 011REPORTER nr 0495 page 012



Dodaj komentarz

Nie dodano jeszcze żadnego komentarza do tej publikacji.