Dodano: 2017-03-03 06:22   |   Dodał: a.jakubowski (Arkadiusz Jakubowski)   |   Kategoria: Aktualności

Kobylinka cz. II

Kolej na luzie - Kobylinka odcinek II

Nasza transsyberyjska

Nigdy nie zostawiała ludzi na peronie. Jak było trzeba, czekała na spóźnialskich, gdy brakowało miejsca dla ludzi nawet na dachu, doczepiała sobie towarowe wagony i zabierała wszystkich. Przez dziesięciolecia była jedynym pewnym środkiem transportu. Oknem na świat. Kołem zamachowym  lokalnej gospodarki. Kobylinka.


    Kobylinka to tylko jedno z  jej imion, ale najbardziej popularne. Nikt z mieszkańców Rawicza, Sarnowy, Miejskiej Górki, Sobiałkowa, Topólki, Oczkowic, Jutrosina i wszystkich wsi w okolicy nie nazwie jej inaczej. Dla nich linia kolejowa numer 362 Rawicz-Kobylin to właśnie  Kobylinka. A wielu wymawiając to imię uśmiechnie się pod nosem, westchnie: „Ach, to były czasy!” i obetrze jeszcze łezkę, jaka zakręci się w oku. Za to w Kobylinie, w którym też wciąż jeszcze pamiętają tę nieczynną już  linię  powiedzą o niej, jakby trochę z lekkim lekceważeniem: „Rawiczora”. Może to efekt jakichś lokalnych animozji, a może po prostu wynika to z faktu, że po prawdzie Kobylinka większe znaczenie miała dla mieszkańców ziemi rawickiej, bo komunikowała jej pomniejsze miejscowości ze stolicą mikroregionu, czyli Rawiczem. I o ile ruch towarowy odbywał się w zasadzie w obie strony dość  równomiernie, to już ruch osobowym odbywał się się z wyraźnym akcentem na dowożenie i przywożenie ludzi do i z Rawicza. Mieszkańcy Kobylina korzystali z Kobylinki sporadycznie:
    -Jak już ktoś dojeżdżał do pracy pociągiem to do Krotoszyna, nie Rawicza - opowiada  Teresa Bukowska, wieloletnia dyrektorka kobylińskiej biblioteki. Ona akurat z Kobylinki korzystała często, zwłaszcza między 1975 a 1997 rokiem, a więc  w latach gdy istniało województwo leszczyńskie. Kobylin do niego należał, a w Lesznie funkcjonowała centrala: Wojewódzka Biblioteka Publiczna.  - Jeździło też trochę młodzieży do szkół. Szczególnie dziewczyny do Rawicza, do Liceum Pielęgniarskiego.
    Ale w czasach, gdy linia powstawała, nikt jeszcze o Liceum Pielęgniarskim nie myslał Kobylinka została poczęta w 1888 roku. Wtedy to, jak podaje w opracowaniu „Dzieje Ziemi Rawickiej” Walerian Sobisiak zawiązał się społeczny komitet budowy linii Rawicz-Kobylin. Niewątpliwie wynikało to co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze miało związek z funkcjonującą w Miejskiej Górce od 1884 roku cukrownią, która stawała się najważniejszym przedsiębiorstwem w okolicy i która potrzebowała surowca. Dowożenie buraków wozami konnymi było czasochłonne i nieekonomiczne. Po drugie kilkanaście lat wcześniej w Legnicy powstawała nowoczesna rzeźnia, która również potrzebowała surowca, a budowa linii kolejowej Rawicz-Kobyklin oznaczała połączenie Legnicy z południową Wielkopolską bogatą w zasoby surowca mięsnego. I stąd właśnie wzięło się pierwsze nieformalne imię tej linii kolejowej: „prosiakowy pociąg”:
    -To prawda, że chodziło o ściąganie koleją żywca do Legnicy – mówi Henryk Hejducki z Miejskiej Gorki, regionalista, znawca lokalnej historii.  - Ale żywca wieprzowego, a przede wszystkim owiec i bydła z  rejonu Koźmina. Chociaż świń także.
    Kobylinka ma 27 kilometrów długości i 10 stacji lub przystanków (Rawicz, Rawicz Wschód, Sarnowa, Miejska Górka, Sobiałkowo, Oczkowice-Topólka, Dłoń, Jutrosin, Smolice, Kobylin). Pierwszy pociąg przejeżdża nią 5 lutego 1898 roku. Budowę finansuje Spółka Akcyjna Kolej Legnicko-Rawicka, ta sama, która kilka lat później odda do użytku linię kolejową Miejska Górka-Pakosław (pisaliśmy o niej w poprzednim numerze Reportera Leszczyńskiego). Miejska Górka leżąca na trasie Kobylinki wyrasta więc na prawdziwy węzeł kolejowy, bo dociera do niej jeszcze jedna, trzecia linia: z Krobi (to trasa wiodąca dalej na Gostyń, Kościan, Wolsztyn). Kobylinka do 1932 roku jest prywatna, potem wykupują ja Polskie Koleje Państwowe i staje się własnością państwową.
    -Ojciec, jaki mi doradzał, żeby brać tę robotę na kolei mówił tak: państwowa robota to zawsze państwowa robota – wspomina Witold Głowacz z Miejskiej Górki, który kolejarską karierę rozpoczął w 1982 roku i niemal od samego początku pracował na stacji  w Miejskiej Górce, gdzie był dyżurnym ruchu.
    -To była stacja pełną gębą – wspomina. - Pracowało nas tu kilkanaście osób: zawiadowca , 5 dyżurnych ruchu, 5 zwrotniczych, kasjer towarowy, dwóch ekspedytorów i sprzątaczka – wymienia. Mieli co się uwijać, bo obsługiwali i ruch osobowy, i towarowy:
    -W szczycie było czternaście par pociągów osobowych i kilka par towarowych - opowiada Głowacz. - Stacja mieściła się w dwóch budynkach,  a torów mieliśmy osiem.
    Rozrysował to dokładnie (schemat rozjazdów na stacji, plan budynków i nawet odtworzył obowiązujący wtedy rozkład jazdy) kilka lat temu na wystawę, którą urządzono w domu kultury przy okazji Wyścigu Drezyn organizowanego przez Międzygminny Związek Turystyczny Wielkopolska Gościnna. Witold Głowacz był nawet tej imprezy gościem specjalnym, bo, tak się akurat skalda, że to właśnie on w lutym 1995 roku odprawiał ostatni pociąg osobowy na trasie Kobylinki. Pamięta, że jechał od z Rawicza do Kobylina. I tyle.
    Witold Głowacz wciąż pracuje na kolei – jest dyżurnym ruchu w Bojanowie. Po dworcu w Miejskiej Górce nie ma już natomiast śladu. Na stacji właściwie zostały już tylko zarastające roślinnością tory i zapadające się ziemne perony (dzieje dworca w Miejskiej Górce to już natomiast temat na zupełnie inną, pasjonującą historię). Wciąż za to działa połączenie kolejowe między miejskogórecką cukrownią  a Rawiczem. Nie jest ono już jednak żadną numerowaną linia kolejową linią, ale ma status zakładowej bocznicy. To jedyny, jeszcze żywy, fragment Kobylinki.
    W 1982 roku, gdy Witold Głowacz zaczynał pracę w Miejskiej Górce, Kobylinka, choć wciąż miała się dobrze, czasy największej świetności miała już jednak za sobą.
    Czasy największej świetności pamięta Stefan Bzodek, który od 1963 roku przez 20 lat był zawiadowcą  stacji w  Dłoni. Wziął robotę w Dłoni, bo jej nieodłącznym elementem było mieszkanie w budynku dworca, a on miał już dzieci i potrzebował dachu nad głową. W ten sposób z Dłonią związał się już na dobre i na złe. I na całe życie, bo choć zawodową karierę kończył jako zawiadowca stacji w Jutrosinie, to w Dłoni cały czas mieszkał i mieszka do dzisiaj. Siedzi na tapczanie, przy kaflowym piecu, ogląda telewizję i czasami zerka przez okno na puste perony i zarastające tory. Wierzyć się nie che, że tak się to skończyło:
    -Panie ruch tu mieliśmy jak diabli – opowiada. - Z Dłoni i Kołaczkowic Kobylinką dojeżdżało do pracy ze trzysta ludzi: do Rawicza i do Wrocławia. Była bocznica, bo w Dłoni działała cegielnia, a cegłę dziurawkę wysyłali aż do Czechosłowacji. Pociągi kurowały co trzy godziny. Tak pasowały, żeby ludzie mogli dojechać do roboty do rawickiej Modeny, do Gazometu, do Rawagu i wrócić do domu nawet jak parowali  na dwie zmiany. W nocy jechał nawet pospieszny Ostrów-Żagan, który się u nas nie zatrzymywał.
    Nikt nie przypuszczał, że ta trasa może zostać kiedyś zamknięta. Co kto o tym wspominał, zaraz pojawiała się odpowiedź: przecież to linia strategiczna!
    -Tak się u nas przez lata mówiło, że ma ona znaczenie strategiczne – przyznaje Henryk Hejducki,. - Ale skąd się to przekonanie w ludziach brało, trudno powiedzieć. W Polsce Ludowej wszystko miało znaczenie strategiczne.
    Może chodziło o to, że czasami Kobylinką, szczególnie w latach 60-tych i 70-tych  przejeżdżały nocą pociągi pod specjalnym nadzorem,. Choć nic wielce specjalnego w  nich nie było. Poza tym, że okna były pozasłaniane i że się na żadnej stacji nie zatrzymywały. Wiadomo było, że jeżdżą nimi rosyjscy żołnierze z Małej Moskwy, czyli z Legnicy na Brześć i dalej na wschód. Może też jeszcze ludzie częściowo pamiętali czasy wcześniejsze, tuż powojenne, kiedy to Kobylinka miała faktycznie strategiczne znaczenie, ale dla... szabrowników:  
    -Jeździły dwa pociągi, nazywane przez nas Szabrownikami – uśmiecha się Hejducki. - Relacji Łódź-Żagań. O ile dobrze pamiętam dwa takie kursowały. Jeździli nimi na szaber na Ziemie Odzyskane. Tak naprawdę według mnie ta nasza linia wielkiego znaczenia strategicznego nie miała.
    Ale gdy na początku lat 80-tychXX wieku wojsko wymieniło na całej 27-kilometrowej trasie stare, rozsypujące się  drewniane podkłady na nowiutkie betonowe i położyło na nich nowiuteńką szynę wiara miejscowych w strategiczne znaczenie znaczenie Kobylinki, a więc także  wiara w jej świetlaną przyszłość  uzyskała mocne podstawy – no bo przecież kto by wyrzucał pieniądze w remont linii, która miałaby zostać zamknięta? Choć z drugiej strony ludzie widzieli, że po generalnym remoncie i wymianie podkładów na innej linii, tej z Miejskiej Górki do Krobi nie przejechał już nią ani jeden pociąg. Ale z Kobylinką miało być inaczej.
     -Kobylinka mogła być traktowana jako zastępcze połączenie, gdyby się coś działo na głównej linii  Poznań-Wrocław – mówi Hejducki.
    I tak też zdaje się było.
    -Raz, już po tej wymianie torów, puścili tu ruch z trasy Poznań-Wrocław, bo była jakaś awaria – wspomina Stefan Bzodek.-  Nie uwierzyłby pan. Nasza Kobylinka to była sześćdziesiątka,  to znaczy, że pociągi  jeździły maksymalnie 60 kilometrów na godzinę. A jak wtedy puścili tu pospieszne, to tak pędziły, że nawet człowiek nie miał czasu się im przyjrzeć.  Bo, proszę pana, szyna tu dobra jest, świetna stal.
    Kobylinka, choć zarasta i powoli wsiąka w rolniczy krajobraz, wciąż żyje we wspomnieniach mieszkańców.  Wszyscy, bez wyjątku, mówią o niej z wielkim sentymentem:
    -Kobylinka była u nas od zawsze. Uwielbialiśmy ją - mówi Elżbieta Wolna. Obecnie pracuje i mieszka w  Miejskiej Górce, ale urodziła się i wychowała w Dłoni i dojeżdżała Kobylinką choćby do liceum w Rawiczu. - Jak byłam mała to biegaliśmy wzdłuż torów i krzyczeliśmy, że jedzie nasza transsyberyjska. Była dla nas oknem na świat. Wsiadało się do niej i jechało na przykład do klasztoru franciszkanów w Kobylinie obejrzeć żłóbek.  To była nasza Kobylinka.
    Kobylinka, która  nigdy nikogo nie zostawiała na peronie:
    - Wszyscy się tam znali, pasażerowie, kolejarze, no wszyscy – opowiada E. Wolna. - W Dłoni na dworzec jest kawałek i jak chodziliśmy rano po ciemku na pociąg i widzieliśmy światła pociągu na torach na dłońskich Hubach, a my byliśmy jeszcze koło figury, to było wiadomo, że nie zdążymy. Ale się nie martwiliśmy, bo wiedzieliśmy, że Kobylinka na nas zaczeka. Konduktorzy nas znali i wiedzieli kogo brakuje.
    -Sam tego nie widziałem, ale wiem z opowiadań starszych kolegów – wspomina Witold Głowacz. - Jak na przykład we Wszystkich Świętych było na dworcu w Miejskiej Górce tyle ludzi, że się nijak nie mieścili do pociągu, to się doczepiało do składu  dwa wagony towarowe z bocznicy i wszyscy spokojnie docierali do Rawicza. Takie to były czasy. Dzisiaj nie do pomyślenia.
    -Ach te stare wagony z drewnianymi ławkami, ten specyficzny zapach tego pociągu i spokój z jakim się podróżowało – wymienia E. Wolna. - Niczym się człowiek nie martwił. Pamiętam, raz wracaliśmy ze szkoły, nagle pociąg stanął i wagon się przechylił. Ktoś tam zaklął: „K..., wykoleiła się!”, ale nikt nie panikował. Faktycznie wagon wypadł z szyn. Po prostu wysiedliśmy i wydeptaną ścieżką wzdłuż torów dotarliśmy do Dłoni.  Bez nerwów.
Arkadiusz Jakubowski

REPORTER nr 0293 page 015REPORTER nr 0293 page 016



Dodaj komentarz

Nie dodano jeszcze żadnego komentarza do tej publikacji.