Dodano: 2017-02-28 06:47   |   Dodał: a.jakubowski (Arkadiusz Jakubowski)   |   Kategoria: Aktualności

Civil Marche for Aleppo

Reportaż

Lepiej iść, niż siedzieć bezczynnie


-Co robiliście popołudniami, już po marszu?
-Często odbywały się spotkania z uchodźcami, głównie z Syrii...
-Z muzułmanami, chrześcijanami?
Zanim odpowiedział, spojrzał mi w oczy:
-Z ludźmi...
Zawstydził mnie

26 grudnia 2016 z lotniska Tempelhof  w Berlinie wyruszył Civil Marche for Aleppo – Obywatelski Marsz dla Pokoju Berlin-Aleppo. Zorganizowała go mieszkająca w Berlinie Polka, Anna Alboth, dziennikarka, podróżniczka, blogerka, wrażliwy człowiek.  „Jesteśmy tylko garstką zwykłych ludzi. Nie reprezentujemy żadnej konkretnej partii politycznej ani organizacji” napisała w swym manifeście opublikowanym na stronie internetowej www.civilmarch.org, która poświęcona jest i opisuje to przedsięwzięcie.

Empatia i imperatyw
„Nadszedł czas, aby działać. Nie możemy już dłużej siedzieć przed naszymi laptopami, patrzeć i nic nie robić. Mamy już dość klikania w facebookową ikonkę „przykro mi”, pisania „to straszne” i „jesteśmy tak bezsilni”. Bo nie, nie jesteśmy! I jest nas takich zbyt wielu! Dlatego idziemy do Aleppo. Z Niemiec do Aleppo, wzdłuż tak zwanego „szlaku uchodźczego”, tyle, że w przeciwnym kierunku. Nauczono nas braku sprzeciwu wobec wojny. Bierności. Ulegliśmy przekonaniu, że władzy, która pociąga za sznurki należy się bać i nie stawiać jej oporu. Przyzwyczailiśmy się do bezpiecznego opowiadania się za „tymi dobrymi” i obwiniania „tych złych”, kiedy nic to nas nie kosztuje. Do dzielenia ludzi na lepszych i gorszych – tych, którzy mają prawo by spać spokojnie w swoich łóżkach i tych, którzy muszą je opuścić, uciekać, żeby ratować życie. Tłumaczono nam: „Tak to po prostu już jest, nic na to nie poradzisz”. Uwierzyliśmy. Ale dłużej nie możemy udawać, że to wszystko prawda. Nie zgadzamy się na bierność. Jesteśmy gotowi by w końcu przełamać bezsilność. Chcemy pójść i pomóc ludziom takim jak my, których jedyną winą jest to, że nie mieli szczęścia urodzić się w Berlinie, Londynie czy Paryżu. Cywile dla cywilów! Pójdziemy ramię w ramię z Berlina, przez Czechy, Austrię, Słowenię, Chorwację, Serbię, Macedonię, Grecję, Turcję do Aleppo.”
    To w tym wszystkim jest bardzo ważne: dokładnie taką sama drogę, ale w odwrotnym  kierunku przebywają uciekający przed wojną i wynikającą z niej biedą Syryjczycy. Obywatelski marsz ma ich sprawę nagłośnić, ma im pomóc. Pomóc usiłują zwyczajni ludzie –  ci szczęściarze, którzy urodzili się na spokojnym Zachodzie wstali z foteli, wzięli w ręce białe flagi i ruszyli w drogę. Bo lepiej iść, niż pozostać bezczynnym.
    W marszu idą mieszkańcy wielu krajów: Niemiec, Francji, Włoch, Czech Austrii. Od samego początku jest też sporo Polaków, którzy dowiedzieli się o nim od znajomych, znajomych znajomych, z Fejsbuka, Twittera, z gazet i rozgłośni, które coraz żywiej interesują się „cywilami w drodze”. Przez tydzień szedł też Krzysztof  z Leszna. Ma czterdzieści kilka lat, rodzinę, firmę. Dlaczego poszedł?
    –  Fejsbuk mnie wyśledził – mówi. –  Fejsbuk widzi, czym się człowiek interesuje, jakie strony odwiedza, o czym czyta. A ja od samego początku obserwuję dramat uchodźców i nie mogę się z nim pogodzić. Z tragedią tych tysięcy ludzi, którzy toną w morzu, z widokiem zapłakanych dzieci, zrozpaczonych kobiet, zdesperowanych facetów, którzy nie mogą, choć chcą, zapewnić bezpieczeństwa swoim rodzinom. A my, ten cywilizowany i syty Zachód, który prze wieki tych ludzi wykorzystywał kolonialnie, teraz  przyglądamy się temu bezczynnie. Nawet z pewną odrazą. I nawet my chrześcijanie. A przecież kto w ubiegłym roku uważnie słuchał  Franciszka musiał  słyszeć,  jak mówił, że zamykanie się tylko w granicach swego własnego kraju jest niczym innym jak egoizmem. Musimy wychodzić do innych, wyciągnąć do nich pomocną rękę. A ilu to robi? W moim kościele nawet księża nie modlą się za uchodźców. Pytasz dlaczego poszedłem? Najpierw wziąłem udział w akcji Caritasu Rodzina-Rodzinie, ale uznałem że to za mało. Poszedłem, bo nic lepszego nie potrafiłem wymyślić, żeby czynnie pomóc tym ludziom, a bardzo chciałem. To się nazywa empatia.
    Fejsbuk tę empatię Krzysztofa doskonale zauważył i od początku grudnia zaczął wyświetlać na jego koncie, na głównej stronie dziwny, kolorowy baner. Początkowo Krzysztof  nie zwrócił na niego uwagi, potem wzrok przykuło słowo Aleppo. To miasto w  Syrii, pełne cywilów i ciężko bombardowane przez strony trwającego w Syrii konfliktu. A kiedy w końcu kliknął na baner i się wczytał, obok empatii pojawił się imperatyw. Poczuł, że musi tam iść. Długo się nie zastanawiał: powiedział żonie, poukładał sprawy w firmie, do plecaka zapakował śpiwór, karimatę, termos z herbatą, trochę jedzenia. Akurat zaczynały się zimowe ferie. Pojechał do zasypanych śniegiem Czech. Tym razem jednak nie na narty, ale żeby w Brnie dołączyć do Marszu.
    –  Każdy może dołączyć w każdym wybranym przez siebie momencie – opowiada. –  Wystarczy chcieć i sprawdzić na Fejsbuku, gdzie akurat są, o której i skąd wyruszają. Wystarczy się dopasować. Cały marsz potrwa trzy, może cztery miesiące i nawet nie wiadomo, czy uda się cały szlak przebyć. Tylko garstka  jednak  zamierza uczestniczyć w nim od początku do końca. Większość, tak jak ja, dołącza na kilka, kilkanaście dni, potem trzeba wracać do swoich zajęć. Wielu jednak zapewnia, że jeszcze do marszu wróci. Ja szedłem tydzień.
    Plan miał taki, by dojechać z Leszna autem do Brna, zostawić tam samochód, po tygodniu marszu dotrzeć do Austrii, potem wrócić do Brna i autem do domu. Wyszło inaczej:
    –  W tym marszu jest tak, że większość ludzi idzie, a niektórzy, którzy czują się gorzej, słabiej, chcą odpocząć, jadą samochodami – opowiada. –  Moim jechał Juliusz, 18-letni student medycyny z Heidelbergu. Mocno obtarł sobie nogi i kilka dni musiał odpuścić maszerowanie.

Problemy i życzliwość
Siedzimy nad smartfonem Krzysztofa i przeglądamy zdjęcia. Widać na nich, że lekko nie było: dokuczała zima, śnieżne zadymki, przenikliwy mróz. Codziennie przebywali po ponad 20 kilometrów. Szli wyłącznie bocznymi drogami, często po prostu przez pola. Ale na zdjęciach Krzysztofa widać, że nikt nie narzeka. Widać uśmiechy i pozytywną energię. Na przedzie transparent, nad głowami białe flagi, żadnej polityki, żadnej ideologii, tylko współczucie i szczera chęć pomocy. Codziennie spotkania z miejscowymi, z młodzieżą, z uchodźcami.
    Ten marsz jest jak rzeka, która płynąc do morza, zbiera po drodze dopływy. U źródeł nie brakło problemów.
    1.Pojawił się czarny PR w mediach:
    –  Ania opowiadała o zadawanych przez media pytaniach, kto to finansuje, skąd pieniądze, kto za tym stoi – opowiada Krzysztof. –  A przecież nikt za tym nie stoi, a marsz finansuje się z dobrowolnych wpłat w internecie. To teraz modne, nazywa się to się nazywa crowdfunding, czyli finansowanie społecznościowe. Noclegi są darmowe, bo zazwyczaj nocujemy w udostępnionych przez lokalne władze salach gimnastycznych, czasami w salkach Caritasu. Na jedzenie zrzucają się ci, którzy akurat maszerują. Żywność przywozi się też ze sobą. Wszyscy zachwycali się na przykład gostyńskim masłem, które przywiozłem. Nie brakuje życzliwych ludzi, którzy dokarmiają marsz, często uczestnicy są goszczeni przez imigrantów, którzy już od pewnego czasu mieszkają na Zachodzie. W Czechach mieszka sporo Syryjczyków.
    2.Do marszu na siłę chciała wepchnąć się polityka.
    W reportażu w radiowej Trójce uczestnicy pierwszych dni opowiadali, jak to na jednym ze spotkań z ludźmi w Niemczech pojawili się neonaziści. Posłuchali, zobaczyli, że nie o politykę chodzi, ale o zwykłe ludzkie współczucie i zamiast manifestować, po prostu poszli sobie.
    –  W pewnym momencie do marszu dołączyć chcieli uchodźcy syryjscy, ale mieli ze sobą flagi antyasadowskiej opozycji [Baszar Al-Asad jest prezydentem Syrii, jednym z czterech stron tamtejszego konfliktu – przyp. red.] – opowiada Krzysztof. –  Ania się na to nie zgodziła, bo my idziemy tylko z białymi flagami, bez żadnych znaków, bez podtekstów politycznych, tylko dla pokoju. Przeciw wojnie, ale nie przeciw nikomu konkretnemu. Tamci dali spokój, odłączyli się.
    Ale obok problemów, było i jest sporo ludzkiej życzliwości i poparcia, najczęściej (szczególnie w Niemczech) okazywanego... poczęstunkami.
    –  Na granicy niemiecko-czeskiej czekał na  marsz burmistrz czeskiego miasteczka z powitaniem, pewien Czech, który przejechał 300 kilometrów, żeby naszym cywilom przywieźć gar z gulaszem i w autobusie... czescy antyterroryści dla ochrony, której marsz wcale nie potrzebował. Trochę z marszem pobyli, wieczorem w salce gimnastycznej pomogli spałaszować ten gulasz i sobie pojechali. A marsz szedł dalej – opowiada Krzysztof.

Ludzie
Kim są ludzie, którzy zdecydowali się na taki akt solidarności z uchodźcami?
    Krzysztofa już znamy. W marszu spotkał:
    Anię Alboth, pomysłodawczynię, organizatorkę, duszę i serce całego przedsięwzięcia.     
    Juliusza (tego 18-latka z poobcieranymi nogami) i jego dwóch kolegów. Młodzi chłopcy z Niemiec, koledzy z jednego chóru. Pewnego ranka obudzili całą salę gimnastyczną śpiewem.
    18-letnią Robin. Dziewczyna zdała maturę, przed studiami zrobiła sobie rok przerwy. Idzie w marszu i jest prawą ręką Ani. To ona wyszukuje noclegi w Austrii i świetnie sobie z tym radzi.
    Teresę z Polski, która na co dzień pracuje w ośrodku adopcyjnym.
    Jacka z żoną, oboje spod Krakowa. Ona jest nauczycielką, on terapeutą, który pomaga więźniom wracać do normalnego życia. Oboje co roku wyruszają w wędrówki, najczęściej pielgrzymują w intencji pokoju. W tym roku idą do Aleppo. Poświęcili na to całe ferie zimowe.
    Dwudziestokilkuletniego Mikołaja z Łodzi, który był wychowawcą w domu dziecka i już angażował się w wolontariat. W Łodzi zorganizował wielką zbiórkę śpiworów dla koczujących uchodźców i pojechał na granicę serbsko-macedońską, żeby im je dostarczyć.
    Dziewczynę z Płocka, która w ubiegłym roku na granicy serbsko-macedońskiej spędziła dwa tygodnie jako wolontariuszka. Kiedyś pielgrzymowała z Płocka do Santiago De Compostela i przechodziła przez Leszno.
    Agatę z Warszawy.
    Ewę, 68-letnią Polkę z tatarskimi korzeniami i znanym nazwiskiem, mieszkającą w Berlinie i znaną w tamtejszym kulturalnym środowisku.
    Maricę z Francji (mówiła o sobie, że jest Berberyjką), z Paryża. Wykładała na uczelni, ale rzuciła to zajęcia i wyruszyła do Aleppo. Rozstała się z facetem, który nie chciał pójść z nią.
    Antoine z Francji, który, gdy wróci już z marszu do domu, zabierze się za odbudowę kamiennego domu i winnicy, które kupił na prowincji, południu Francji.
    Andreasa z Niemiec, spokojnego i opanowanego pracownika urzędu samorządowego w Berlinie, który zajmuje się środowiskiem.    
    Uthę z Niemiec.
    Krystiana, Polaka, byłego strażnika lotniska.
    Janka z Polski, który całą drogę ciągnie za sobą (lub pcha) trzykołowy wózek z bagażem.
    Martynę, Polkę, podróżniczkę. Do marszu dołączyła zaraz po powrocie ze Sri Lanki, ale aktywnie uczestniczyła w nim od samego początku, bo będąc jeszcze na Sri Lance, prowadziła zdalnie stronę internetową i marszowego fejsa.
    –  Szliśmy ramię w ramię w dobrej sprawie, przekonani, że tak trzeba, choć nie wiemy, czy coś to da, czy coś to zmieni. Wiemy, że sami wojny nie zatrzymamy, ale być może to będzie ten pierwszy mały kamyk, który uruchomi lawinę?  – mówi Krzysztof. –  Musimy spróbować. Jako ludzie jesteśmy to winni innym ludziom. Ja wróciłem do domu, do rodziny, do przyjaciół, do bezpiecznej stabilności. A uchodźcy tego nie mają, są bez niczego. Nie możemy dopuścić, by zabrakło im też pomocy.

Pomóż
Pomagać można na różne sposoby. Można iść do Aleppo, ale można też wziąć udział w akcji Caritasu Rodzina-Rodzinie. Mało o niej słychać w naszym regionie, choć trwa ona w całym kraju. Jak informuje Paweł Kęska, rzecznik prasowy Caritas Polska od października 2016 do 31 stycznia 2017 roku już 1715 rodzin w Aleppo w Syrii i w Libanie zostało objętych dzięki niej długofalową pomocą. W pomoc zaangażowało się już 5470 osób, rodzin i instytucji w kraju. Każdy może do nich dołączyć. Szczegóły na www.rodzinarodzinie.caritas.pl
ARKADIUSZ JAKUBOWSKI
    
  



Dodaj komentarz

Nie dodano jeszcze żadnego komentarza do tej publikacji.