Dodano: 2017-02-07 08:20   |   Dodał: a.jakubowski (Arkadiusz Jakubowski)   |   Kategoria: Aktualności

Wysłodki cz. 3

Książka

Wysłodki cz. 3


Publikujemy trzecią część wspomnień Łukasza Koniecznego zawartych w książce Wysłodki. To nostalgiczna opowieść o Gostyniu oraz czasach dzieciństwa i młodości spędzonych w tym mieście

Szachy i brydż

Pierwsze były szachy. Raz na dwa, trzy tygodnie do rodziców przychodziło zaprzyjaźnione małżeństwo. Panie rozmawiały przy kawie na tematy różne. Panowie, zaraz po przywitaniu, układali szachowe figury na drewnianej planszy. Po wybraniu koloru, zaczynała się misterna, strategiczna gra. Gra nie o pieniądze, nie o honor, nawet nie o przysłowiowe piwo, tym bardziej, że dobrego piwa wtedy w Polsce nie było. Rozpoczynała się gra dla przyjemności. Gra, która powodowała, że jest po co się spotykać, mimo lat znajomości i przyjaźni. Tata i jego kolega siedzieli naprzeciw siebie. Każdy miał po swojej prawej stronie popielniczkę, bo palili przy szachach niesamowite ilości papierosów. Najpierw pili kawę. Po mniej więcej godzinie na stole pojawiała się butelka i dwa kieliszki. Gra, grą, ale umysł trzeba było pobudzić do gry, by mieć jasny. Panowie, nigdy butelki do końca nie wypijali. Mogłem grę obserwować. Wieża, król, królowa, pion, goniec i koń. Szach. Szach-mat. Zbijam. Uciekam. Roszada. Szachy wydawały mi się czymś bardzo tajemniczym i zarazem dorosłym.  Słowa, które panowie wypowiadali podczas gry, przez jakiś czas nic mi nie mówiły. Dopiero po kilku spotkaniach, ojciec wytłumaczył zasady. Szachy przestały być tak tajemnicze, ale za to stały się interesujące.
    Do świata dorosłych należał też, a nawet jeszcze bardziej należał brydż. Raz w miesiącu, wieczorem, pojawiało się u nas w mieszkaniu trzech panów, by razem z tatą pograć w brydża. To nie była stała trójka. Czasem ta trójka zmieniała się w czwórkę. Panowie rozsiadali się przy stole. Każdy z nich palił coś innego. Były i papierosy, i cygaro, i fajka. Po godzinie brydża, atmosfera w dużym pokoju gęstniała i robiło się duszno. Naprawdę duszno. Jednak duszno było tylko obserwatorom. Graczom dym w ogóle nie przeszkadzał. Dla nich pojęcie otwartego okna i świeżego powietrza mogłoby nie istnieć. Czasem któryś z nich wstawał, by partnerowi spojrzeć w karty. Czasem ktoś coś głośno rzekł. Rzekł tak, jakby chciał powiedzieć: Coś ty zrobił baranie?! Ale nie mówił tego w ten sposób, bo byłoby to niekulturalne. Wszyscy jednak wiedzieli, że partner postąpił jak baran. W brydżu, jak w szachach gra nie była najważniejsza. Najważniejszy były wspólnie spędzone godziny. To były święte godziny. Raz w tygodniu. W każdym tygodniu u kogoś innego. To były najdłuższe godziny w życiu każdego z graczy. Podczas których, nic innego ich nie interesowało, tylko brydż. Telewizor był wyłączony.  Nie grała żadna muzyka. Ciszę zakłócało jedynie tykanie zegara z meblościanki oraz zaciąganie się tytoniem pod różnymi postaciami. Podczas brydża nikt z graczy nie był prawnikiem, lekarzem, nauczycielem czy księgowym. Był graczem. Inne sprawy nie miały tam prawa wstępu, bo wówczas to nie byłaby prawdziwa gra.

Wszy
W latach osiemdziesiątych w szkołach dbano o higienę. Mieliśmy cykliczne fluorowanie zębów. Pani higienistka, z białym czepkiem na głowie z czarną kreską pośrodku, co jakiś czas sprawdzała stan czystości naszych ciał. Szczególnie interesowały ją włosy. Dość długo nie wiedzieliśmy dlaczego akurat one. Pobieżnie przyglądała się naszym dłoniom czy szyi. Za to głowa i to co z niej wyrasta sprawdzała bardzo dokładnie. Centymetr po centymetrze. A czasem i milimetr po milimetrze.
    I w końcu przyszedł ten dzień, w którym w zasadzie każdy z nas dowiedział się, dlaczego pani higienistka tak sprawdzała te włosy. Jedni dowiedzieli się wcześniej, inni trochę później. Ale nikogo ta wiedza nie ominęła, bo wszy, jeśli się już pojawią na czyjejś głowie, wówczas atakują znienacka i nie mają litości. Nie rozróżniają czy to dzieci, czy dorośli. Gnieżdżą się wszędzie, bez względu na płeć czy wyznanie. Najpierw trochę swędzi czubek głowy i w sumie nie wiadomo za bardzo dlaczego, więc człowiek się drapie. Później drapie się coraz bardziej. A gdy drapanie nie pomaga, wtedy wiadomo, że nie ma ucieczki. Wszy zaatakowały i półśrodki nie pomogą.
    Pomóc za to mogą dwie rzeczy. Niebieski śmierdzący płyn, którym cała rodzina musi nasmarować głowę oraz worek, którym tę głowę z tym płynem trzeba było nakryć na kilka godzin, a najlepiej na całą noc. Nie pamiętam czy nocą wszy się broniły. Pamiętam, że na drugi dzień rano mama umyła mi głowę i poszedłem do szkoły niewyspany. Na pierwszej lekcji zauważyłem, że nie tylko ja mam klejące się powieki i gdzieniegdzie zadrapania widniejące między włosami. W tym właśnie momencie chcieliśmy znaleźć panią higienistkę i spytać, po co nam przetrząsała włosy co tydzień, skoro i tak nas dopadły. Być może zastanawialiśmy się też po co ona nosi czepek. Czyżby chronił ją przed tym, co my jeszcze niedawno mieliśmy we włosach.
    Tego się jednak nigdy nie dowiedzieliśmy. I to nie dlatego, że pani higienistka nie chciała nam odpowiedzieć. Ona by nam pewnie wyjaśniła, ale miała większe zmartwienie na głowie niż wszy. Tym zmartwieniem było coś co dorośli określali mianem Czarnobyl. My nie wiedzieliśmy z czym się to je. Zdaliśmy sobie jednak sprawę z tego, że nawet jeśli kogoś bardzo boli głowa z powodu wszy, za jakiś czas dorośli wymyślą inne niebezpieczeństwo. Może nie będzie bolało od razu, ale gdy dopadnie po latach, nie będzie zmiłuj.   

Rękawice bramkarskie
W 1982 roku reprezentacja Polski zdobyła trzecie miejsce na Mundialu w Hiszpanii. Cały kraj, jak jeden mąż siedział przed, w większości czarno-białymi telewizorami i oglądał mecze biało-czerwonych. Nie liczyło się wykształcenie, zawód, wiek, status materialny, podział na płeć i to czy ktoś był w partii czy nie. Nosy w ekranie mieli wszyscy. Niektórzy nawet w telewizorach marki Rubin produkcji radzieckiej, które znane były nie ze swoich pięknych kolorów, a bardziej z tego, że raz na jakiś czas wybuchały. Gdy telewizja transmitowała mecze, dwudziestotysięczne miasteczko, jakim jest Gostyń, wymierało. W latach osiemdziesiątych były dwa programy telewizyjne: Jedynka i Dwójka. Można się jednak założyć, że w czasie Mistrzostw Świata, programu, w którym akurat nie leciał mecz, nikt nie oglądał. Może oprócz kilku głęboko zakonspirowanych opozycjonistów, wychodzących z założenia, że nawet dopingowanie piłkarzy jest jakąś formą kolaboracji z systemem realnego socjalizmu.  
    Między blokami, w których mieszkałem ja i moi koledzy z podstawówki, wysiana była trawa. Sypaliśmy na niej linie z piasku i wbijaliśmy w ziemię drewniane tyczki. Takim sposobem wyznaczaliśmy boisko, gdzie mogły grać drużyny składające się maksymalnie z sześciu, siedmiu zawodników. Wszyscy niesieni sukcesami naszej reprezentacji pragnęli zostać piłkarzami. Kolejność idoli zmieniała się co mecz. Raz był to Szarmach, raz Boniek, raz Smolarek. Każdy chciał strzelać gole w ich stylu. Każdy chciał też mieć koszulkę z numerami najlepszych piłkarzy, ale takich koszulek nie można było wówczas w sklepach kupić. Na naszym osiedlowym, koślawym boisku, pełnym wybojów, nierówno posianej trawy i dziur, chcieliśmy dorównać gwiazdom futbolu. Dochodziło do dryblingów, rzutów karnych  i  pięknych solowych akcji od połowy boiska czy bramek strzelonych głową. Chwile radości ze zdobytego gola mieszały się ze smutkiem po jego stracie. Grały również dziewczyny, bo nawet one zapominały na te trzy tygodnie o gumie do skakania i kręceniu hola hopem.
    Podczas większości międzyblokowych meczów stałem na bramce. Nie dlatego, że nie lubiłem kiwać, czy strzelać goli. Ja chciałem być bramkarzem. Dla mnie podczas tych mistrzostw tak naprawdę liczyło się tylko jedno nazwisko – Józef Młynarczyk. On był moim bohaterem. Piłkarzy ganiających za piłką było na boisku dziesięciu. Na polu bramkowym między słupkami stał tylko jeden zawodnik. Od jego formy, zwinności i przeczucia w dużej mierze zależał wynik meczu. Bramkarz wspaniałymi paradami mógł uratować mecz, mógł też popełnić kiks i zaprzepaścić szansę na wygraną. W medalowej jedenastce Antoniego Piechniczka, prawie każdy z piłkarzy miał wąsy. Krótsze lub dłuższe; ciemne lub jasne; gęste lub rzadkie; starannie przycięte lub nie – nieważne jakie, wąsy były wówczas obowiązkowym elementem owłosienia mężczyzny. Młynarczyk również je posiadał, ale te wąsy Młynarczyka, były jakieś takie dostojne, jak u rycerzy z czasów Bolesława Chrobrego. Gdy kamera pokazywała bramkarza Polski, emanowały od niego spokój i pewność. Ten spokój i ta pewność udzielały się pozostałym zawodnikom. Wiedzieli, że z Młynarczykiem w bramce, mogą atakować pole karne rywali, bo w razie czego on zatrzyma kontratak.
    Podczas Mundialu nie marzyłem więc o prawdziwych korkach, ale o prawdziwych rękawicach bramkarskich. Takich, które amortyzowały silne uderzenia piłki i takich, z których piłka się nie wyślizgiwała. Józef Młynarczyk takie miał. Ja nie. Ojciec za to przyniósł z zakładu pracy rękawice robocze. To niby były zwykłe rękawice ochronne, ale ja w nich na bramce czułem się prawie jak Józef Młynarczyk. Łapałem piłki i kozłowałem, wybijałem kostkami, rzucałem pod pole przeciwnika i paradowałem jak tylko umiałem. Sprzęt który mieliśmy do dyspozycji podczas naszej zabawy w piłkę nożną nie był dla nas najważniejszy. Rzadko kto miał korko-trampki. Piłkę mieliśmy starą i wytartą do granic możliwości. Murawa boiska często nie nadawała się do gry. Nikt się tym jednak nie przejmował. Chcieliśmy grać i graliśmy jak tylko mogliśmy najlepiej. Tak jakby każdy z nas właśnie grał w meczu o trzecie miejsce na Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej w Hiszpanii.



Dodaj komentarz

Nie dodano jeszcze żadnego komentarza do tej publikacji.