Dodano: 2017-02-07 07:45   |   Dodał: a.jakubowski (Arkadiusz Jakubowski)   |   Kategoria: Aktualności

Linia nr 390

Kolej na luzie - Kobylinka odcinek I

Jak zniknęła linia nr 390

Choć na likwidację zanosiło się już wcześniej, ostatecznie wyrok zapadł w 1986 roku: na X Zjeździe Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Potem ruszyła lawina, która najpierw ostatecznie zmiotła z powierzchni ziemi linię numer 390, a potem zabrała ze sobą kolejne.


    To będzie pierwszy odcinek serialu poświęconego kolejom żelaznym i znaczeniu, jakie miały dla konkretnych ludzi, konkretnych społeczności, konkretnych firm i szkół. To będzie serial o historii konkretnego kolejowego szlaku, które już nie ma, a jednocześnie o podejmowanych wysiłkach, by choć jego fragmenty przywrócić i nie dopuścić, by całkowicie zniknęła w mrokach niepamięci. Każdy serial musi mieć swój tytuł. Nasz nazywać się będzie: „Kobylinka”. A tytuł pierwszego odcinka to: „Linia 390”.
    Gdy wziąć do ręki mapę kolejowych szlaków Wielkopolski, dajmy na to, z połowy XX wieku, czarne linie obrazujące kolejowe połączenia między miastami, miasteczkami, a nawet wioskami wydadzą się nam gęste jak pajęcza sieć. Polskie Koleje Państwowe przez długie dziesięciolecia  były potężne jak najpotężniejsza współczesna korporacja, ale dziś daleko im do tamtej pozycji. Schyłek tej potęgi rozpoczął się gdzieś na przełomie lat 70-tych i 80-tych XX wieku. Nie widać tego było jeszcze wprawdzie na dużych węzłach kolejowych, dużych dworcach i uczęszczanych liniach, ale już trwał w  małych miasteczkach i wioskach ulokowanych na samych końcach kolejowych szlaków. Od nich rozpoczynał się rozkład imperium. Ale na razie sięgnijmy do samych początków tej historii. Od czegoś przecież serial musi się rozpoczynać.
    Jest rok 1898. Wielkopolska, także jej południowo-zachodnia część, granicząca z  Provinz Schlesien (obecnym Dolnym i Górnym Śląskiem) jest pod zaborem pruskim. To tereny o wysokiej kulturze rolnej. Dla niemieckich miast prawdziwy spichlerz, w dodatku położony na wyciągnięcie ręki. Wystarczy tylko skomunikować jakoś niemieckie miasta z wielkopolską wsią. XIX wiek to okres pary i koeli żelaznych. Gdzieś zapada decyzja o wybudowaniu linii kolejowej, która rolnicze tereny w okolicach Kobylina połączą z Legnicą (wtedy Liegnitz). W 1896 roku prywatny inwestor, Spółka Akcyjna Kolej Legnicko-Rawicka przystępuje do budowy linii kolejowej, która połączy północną Legnicę z Kobylinem (przez Rawicz i Miejską Górkę). Jej głównym zadaniem będzie transport żywca wieprzowego do nowoczesnej  rzeźni w Legnicy, ale też odbywać się na niej będzie ruch pasażerski. Pierwszy pociąg przejedzie po tych szynach w lutym 1898 roku. Po latach, w nomenklaturze PKP ten kolejowy szlak otrzyma numer 362, a od pasażerów i mieszkańców korzystających z jej dobrodziejstwa nazwę „Kobylinka”. Niemiecka spółka po inauguracji połączenia Kobylin-Liegnitz kontynuuje roboty. Chodzi o odgałęzienie tego kolejowego szlaku. W 1898 roku ekipy robotników pojawiają się między Miejską Górka i Pakosławiem, pięć lat później z Pakosławia do Miejskiej Górki pojedzie po nowo położonych szynach pierwszy pociąg. To oznaczać będzie narodziny linii, która  w przyszłości zyska numer 390 i ostatecznie zostanie poprowadzona z Pakosławia przez Miejską Górkę aż do Krobi. I to właśnie ona będzie bohaterem pierwszego odcinka naszego serialu.
    Jest 1982 rok, dla mieszkańców Pakosławia i okolicznych wsi szczęśliwy. W październiku lokalnej społeczności udaje się bowiem doprowadzić do reaktywacji w Pakosławiu gminy i uniezależnienia się od Miejskiej Górki. W zabiegach o to istnienie linii kolejowej jest jednym z argumentów. Linia nr 390 gwarantuje gminie rozwój gospodarczy, a miejscowym rolnikom, którzy na fatalnych glebach dzięki swej pracowitości osiągają rewelacyjne wyniki, dostęp do pasz, środków ochrony roślin, materiałów budowlanych na chlewnie i stodoły. W 1982 roku wprawdzie ruch pasażerski na trasie Pakosław -Miejska Górka już się nie odbywa, ale pociągi towarowe krążą regularnie. Do stacji w  Pakosławiu  dowożą towary masowe dla rolnictwa i budownictwa – rocznie około 1000 wagonów. Do leżącego na trasie Chojna kierowane są natomiast cysterny ze smołą. W Chojnie przy stacji PKP funkcjonuje spory punkt drogowy, są tam pobudowane podziemne zbiorniki na smołę, na miejscu mieszany jest asfalt.
    -Ta linia kolejowa była dla nas podstawowym źródłem zaopatrzenia – mówi Antoni Sędłak, prezes Gminnej Spółdzielni w  Pakosławiu. Stanowisko objął w 1983 roku, zaraz po tym jak w reaktywowanej gminie zaczęła działać reaktywowana spółdzielnia.
    Dla spółdzielni  i dla gminy  istnienie linii kolejowej było kwestią strategiczną i doskonale zdawano sobie z tego sprawę.  I niepokojono się o nią. Linia była wprawdzie ciągle czynna, pociągi po niej jeździły, ale ludzie widzieli, że jej stan techniczny niepokojąco się pogarsza. Od 1903 roku, czyli od dnia gdy przejechał nią pierwszy skład kolejowy nie pojawiła się tam żadna ekipa remontowa.
    -Już w 1979 roku nasz radny wojewódzki, pan Edward Talaga składał w tej sprawie interpelacje – wspomina Sędłak. - Domagając się remontu torów. W odpowiedzi napisano, że modernizacja ma nastąpić do 1982 roku.
    Zamiast tego w 1983 roku gruchnęła wieść, że linia będzie zamykana.
    - Dla młodej gminy to byłby cios – wspomina Kazimierz Chudy, który gminą  Pakosław zarządza nieprzerwanie od 1982 roku: obecnie jako wójt, wtedy młody naczelnik. - Dlatego zmobilizowaliśmy wszystkie środowiska i słaliśmy interwencja do kogo tylko było można w sprawie utrzymania naszej linii kolejowej. Wydawało się, że że przyniosło to skutek, bo PKP od zamiaru likwidacji odstąpiły.
    I po raz kolejny obiecały modernizację torów. Do stacji w Miejskiej Górki kolej zwiozła  nawet nowe podkłady przeznaczone na ten cel i poprosiła o  oddelegowanie do pomocy przy robotach kilkudziesięciu robotników z Pakosławia.
    -Nic  z tej modernizacji nie wyszło – wspomina A. Sędłak. - Naszych ludzi z Pakosławia, zamiast do remontu naszych torów, wysłano do roboty na innym odcinku, więc w końcu ich wycofaliśmy.
    A zwiezione podkłady jeszcze długo straszyły na dworcu w Miejskiej Górce, aż zgniły. Pociągi wciąż wprawdzie jeździły na trasie Miejska Górka-Pakosław, ale jej remont grzązł w kolejnych urzędniczych gabinetach. Kolejarze z dyrekcji w Poznaniu i Lesznie wyliczali koszty remontu i jego opłacalności (a raczej nieopłacalności). W dokumentach całej sprawy, które znajdują się w Archiwum Państwowym w  Lesznie można się z nimi zapoznać. Mowa jest o 120 mln zł, które należałoby wydać by linię kolejową nr 390  przywrócić do normalnego stanu. Dodatkowo roczne koszty eksploatacji tego 10-kilometrowego odcinka wyliczano na 18 mln zł. Jednocześnie koszty rocznego zastępczego transportu samochodowego  miały wynieść 4,5 mln zł. Poza tym była jeszcze uchwała X Zjazdu PZPR wskutek której powołano w PKP zespół do spraw analizy linii nierentownych, który miał  wytypować linie w kraju do zamknięcia. Na tej liście znalazła się linia kolejowa Miejska Górka – Pakosław.
    -To był 6 lipca 1987 roku – wspomina Kazimierz Chudy. - Otrzymaliśmy radiotelegram o wykolejeniu się na naszej linii w okolicy Chojna dwóch wagonów kolejowych. Przyczyną miał być zły stan torów. W związku z czym ruch na tej trasie został całkowicie wstrzymany.
    -To ciekawe, co było w tych wagonach? – pytam.
    -Nie wiem, nie widziałem ich –odpowiada Chudy.
    -Nikt ich nie widział – dodaje Antoni Sędłak i opowiada; - Dla nas jako Gminnej Spółdzielni ta linia kolejowa to było być albo nie być. Bardzo zabiegałem o jej utrzymanie. Kiedy więc otrzymaliśmy wiadomość o wykolejeniu,  kazałem się zawieźć z naszą księgową do Miejskiej Górki i stamtąd pieszo po torach wracaliśmy do Pakosławia.  Nigdzie nie widziałem   śladów wykolejenie.
    Ale sprawie nadano charakter oficjalny i potraktowano jako poważny powód do zamknięcia linii. Mieszkańcy gminy jednak nie odpuszczają i walczą jak lwy: ślą oficjalne  pisma, ślą petycje z zebrań wiejskich, ślą prośby o interwencję: do ministerstwa, do rzecznika praw obywatelskich, do marszałka sejmu, do telewizji i gazet. Robią hałas. W tamtych czasach hałas robiony przez oddolne środowiska często skutkował.  I niby skutkuje, bo sprawa jest wciąż na nowo badana, ale ostatecznie za każdym  razem odpowiedzi są takie same: nie opłaca się, nie uruchomimy linii. PKP przystępują do jej „fizycznej likwidacji”. Wstrzymuje ją, ale tylko na chwile, we wrześniu 1989 roku Ministerstwo Transportu, Żeglugi i Łączności w rządzie Tadeusza Mazowieckiego. W Archiwum Państwowym jest stosowne pismo: minister informuje o wstrzymaniu fizycznej likwidacji linii  kolejowej i proponuje przejęcie tej linii kolejowej przez władze administracyjne i organizacje społeczne jako linii niepublicznej.
    -Oczywiście nie było szans, żebyśmy się na to zdecydowali – mówi K. Chudy. - W ten sposób linia kolejowa nr 390 ostatecznie dokonała żywota.
    -Na otarcie łez naszej spółdzielni umożliwiono kupienie dwóch ciężarówek do przewozu towarów ze stacji z Miejskiej Górki – mówi A. Sędłak.
    Zamkniecie linii kolejowej utrudniło na jakiś czas życie pakosławskiej Gminnej Spółdzielni, ale jej nie zabiło. Spółdzielnia funkcjonuje nadal i ma się dobrze.
    Po linii kolejowej nr 390 nie ma już w zasadzie śladu. O tym, gdzie był dworzec w Pakosławiu, pamiętają tylko starsi mieszkańcy wsi. W Chojnie tam, gdzie był dworzec i punkt drogowy, funkcjonuje obecnie spora prywatna firma budowlana. Nie ma już wprawdzie śladów po torach, ale uważny i zorientowany obserwator, który wie, czego szuka, dostrzeże jeszcze w niektórych miejscach zarysy nasypu, a na szosie z Chojna do Miejskiej Górki ślady po dawnym przejeździe kolejowym.
Arkadiusz Jakubowski

REPORTER nr 0192 page 005REPORTER nr 0192 page 006



Dodaj komentarz

Nie dodano jeszcze żadnego komentarza do tej publikacji.