Dodano: 2016-12-23 12:16   |   Dodał: a.jakubowski (Arkadiusz Jakubowski)   |   Kategoria: Aktualności

Lepiej późno...

Reportaż

Lepiej późno niż wcale


Życie ich nie rozpieszczało. Mocno dało w kość. Dali radę, bo mają w sobie hart i pogodę ducha. Zeszli się kilka lat temu, a życie Krystyny i Kazimierza Duniec toczy się teraz na Capri

Błąd z ożenkiem
Krystyna pochodzi z Golejewa koło Pakosławia. Tam spędziła dzieciństwo. Szybko stała się samodzielna i wyszła za mąż zaraz po tym, jak skończyła 18 lat. Przeprowadziła się do Rawicza, do teściów.
    -  To był błąd, ten wczesny ożenek - opowiada Krystyna. - Z perspektywy czasu nie polecam tak wczesnego wiązania się z kimś na stałe. Nie ma się co spieszyć do tego. Myślę, że jak ktoś jest młody, to najpierw powinien się wyszaleć.
    Wyswatano ją trochę na siłę, poprzez znajomych jej siostry. Ślub miała kilka dni po skończeniu osiemnastki. Małżeństwo nie było udane.
    - Nie miałam żadnego oparcia w mężu. Cały dom był na mojej głowie.

Pierwszy syn
Trzy lata po ślubie urodził się im syn Maciej. Przybyło jej obowiązków. Do Golejewa raczej nie miała co wracać, bo jej mama - w związku z tym, że Krystyna tak szybko wyszła za mąż - powiedziała jej kiedyś: ,,Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz''.
    - Dała mi do zrozumienia, że muszę radzić sobie sama. Moja teściowa była za swoim synem. Oparcie miałam natomiast w teściu i swoim ojcu, ale krótko, bo zmarł rok po moim ślubie.

Pracowała i dorabiała
Osiem lat po Macieju urodził się im drugi syn, Rafał. Dostali mieszkanie w barakach socjalnych za szpitalem. Jeden pokój z aneksem kuchennym i ubikacją. Zaczęła pracować w sklepie spożywczym PSS-u.
    - Żeby utrzymać rodzinę, dorabiałam sobie szyciem na zamówienie. Szycie to moja pasja.

Przeprowadzki
Jakiś czas potem przy pomocy gminy i dobrych ludzi znalazła nowe mieszkanie. Chciała rozwieść się z mężem, ale nie było to takie łatwe.
    - Mąż zażądał opieki nad starszym synem. Nie chciałam na to się zgodzić, narażać dzieci na rozłąkę.
    Dostali większe mieszkanie komunalne, ale w małżeństwie nadal się nie układało. W końcu zdecydowała się wystąpić o rozwód. Sąd nakazał jej mężowi wyprowadzić się ze wspólnego mieszkania. Dzieci zostały z nią.
    - Rozwiodłam się po 18 latach ciągłych trosk.

Życie na nowo
Pracując zrobiła zaocznie ogólniak, zdała maturę. Wcześniej miała ukończoną tylko zawodówkę. Zaczęła pracować w GS-ie, później w kasynie wojskowym jako bufetowa. Układała sobie życie na nowo.
    - Wreszcie miałam w życiu spokój.

Śmierć syna
Szczęście nie trwało długo. Dostała od życia kolejny cios. Jej starszy syn zachorował. Był już po ślubie, miał dwóch małych synów, mieszkał w Iławie.
    - Zaczęło się od bólu brzucha. Lekarz zdiagnozował wrzód na żołądku. Potwierdziły to szczegółowe badania.
    Maciej zgłosił się do szpitala w Puszczykowie. Przeszedł operację. Trzy tygodnie później zmarł. Miał 32 lata. Okazało się, że miał zaawansowanego czerniaka.
    - Myślę, że do rozwoju nowotworu przyczyniły się te szczegółowe badania, gdy synowi pobrano wycinek do badań. To pewnie po tym czerniak zaczął się rozwijać i całkiem zaatakował brzuch.
    Po tej tragedii rozmyślała, dlaczego los wciąż rzuca jej kłody pod nogi. Jest jednak twarda, taki ma charakter.
    - Nie poddaję się łatwo. Nieudane małżeństwo tak mnie zahartowało.

Przenosiny na Capri
Po śmierci syna postanowiła całkowicie zmienić swoje życie. Nie miała już pracy w kasynie, bo jednostkę wojskową zlikwidowano. Innej pracy, mając już 53 lata, nie mogła znaleźć. Przeszła na rentę. Pomogła jej synowa.
    - Miała ciotkę na Capri. Poprzez nią załatwiła mi tam pracę. W zasadzie od razu zdecydowałam się wyjechać. Młodszy syn miał 24 lata, był samodzielny. Nic mnie w Rawiczu nie trzymało. Do Włoch poleciałam bez znajomości języka. Włoskiego nauczyłam się szybko na miejscu.

Drugi dom
Na Capri poleciała 18 lat temu. Najpierw pracowała jako opiekunka starszego, schorowanego mężczyzny. Przez dziewięć miesięcy zajmowała się też jego domem. Później w tym samym charakterze pracowała u innej rodziny. Była też sprzątaczką i kelnerką w restauracji, ponadto opiekunką wnuczki właścicielki tego lokalu. Z Polski dostała informację, że ZUS odebrał jej rentę. Najważniejsze jednak, że podoba jej się na włoskiej wyspie.
    - Teraz tam jest mój drugi dom. Do Rawicza przyjeżdżam dwa, trzy razy w roku.

Szalona Kryśka
Tak ją nazywają na Capri. Bo wszędzie jej pełno. Ona sama mówi o sobie, że wpada jak burza, a wylatuje jak huragan. To kobieta pełna werwy. Energia wręcz ją rozsadza.
    - Trudno za mną nadążyć, a dogonić to już wcale - śmieje się Krystyna. - Na spotkaniach, imprezach jestem duszą towarzystwa.
    Ma 71 lat, ale dla niej to jeszcze żaden wiek. Jest ciągle aktywna. Na Capri pracuje u kilku tamtejszych rodzin, pomaga im w prowadzeniu domu.
    - Tam to nie ja szukam pracy, tylko praca szuka mnie. Bywały dni, że do pracy biegałam jak kozica, bo na Capri wszędzie jest górzysty teren i co rusz są schody. Trzeba mieć dobrą kondycję.

Samotne serca
Jej życie kolejny raz zmieniło się w 2003 roku. Z Capri przyjechała na karnawał do Rawicza. Uwielbia tańczyć, kocha muzykę.
    - Pojechałam do Leszna na bal samotnych serc w ,,Kolejarzu''. Z koleżanką. To ona pierwsza zauważyła Kazimierza. On najpierw tańczył z innymi paniami. Po kilku kawałkach poprosił mnie do tańca.

Siła przyciągania
Kazimierzowi życie też dało w kość. Do ,,Kolejarza'' pojechał po prostu się zabawić.
    - Panią, która po kilku tańcach wpadła mi w oko, była właśnie Krysia - opowiada Kazimierz. - Myślę, że momentalnie przypadliśmy sobie do gustu. Mnie spodobała się przede wszystkim jej skromność.
    Resztę zabawy spędzili już przy jednym stoliku. Umówili się na kolejną zabawę karnawałową, w świetlicy wiejskiej w Dębnie Polskim koło Rawicza.
    - Domyślałem się, że jest starsza ode mnie, nawet sporo. Na zabawie w Dębnie powiedziała, że o dwanaście lat, ale mi to nie przeszkadzało. Myślałem: obojętnie czy jest starsza, czy młodsza - najważniejsze, żeby była dobrym człowiekiem, bo mnie życie już dość umęczyło. Od początku przyciągaliśmy się nawzajem.

Jego życie
Kazimierz pochodzi spod Kościana. Ożenił się w 1981 roku. W Kościanie wybudował dom. Wspomina, że jego problemy małżeńskie zaczęły się w 1992 roku. Miał już wtedy czworo dzieci.
    - Moja żona, już była, lubiła aż za bardzo pieniądze. Ale przez 11 lat jakoś między nami się układało. Pogorszyło się, gdy doznałem częściowego paraliżu ciała.

Ze szpitala do sądu
Pół roku leżał na neurologii w Kościanie. Dwa lata zabrała rehabilitacja. Kolejne dwa lata był na rencie inwalidzkiej. Jakby tego było mało, przyplątała się żółtaczka.
    - Sześć tygodni przeleżałem na oddziale zakaźnym. Żona ani razu nie odwiedziła mnie w szpitalu. Wystąpiła do sądu o alimenty i chciała mnie pozbawić władzy rodzicielskiej. Nazywała mnie tyranem, napuszczała na mnie policję, przekabaciła dzieci na swoją stronę. Za co? Ani jej, ani dzieciom nigdy nic złego nie zrobiłem.
    Mimo problemów ze zdrowiem, prowadził własną firmę budowlaną, z z zawodu jest murarzem. Ale jego małżeństwo znalazło się w separacji. Trwało to cztery lata. Aż poznał Krysię. Wtedy, na zabawie w ,,Kolejarzu''.

Zamiast do Egiptu
O tym, że Krystyna wyjeżdża na dłużej na Capri dowiedział się, gdy już byli parą i gdy chciał z nią pojechać na wczasy do Egiptu.
    - Powiedziała mi, że nie może, bo jedzie na saksy. Z tych wczasów musieliśmy zrezygnować, ale dwa miesiące później ja też pojechałem na Capri. Na trzy tygodnie.
    Znalazł tam dorywczą pracę. Nie miał z tym problemów, bo prawdziwa z niego złota rączka. Po trzech tygodniach wrócił do Kościana, ale miał już w głowie, że na stałe pojedzie na Capri. Do Krysi.

Ogrodnik u milionerki
W Kościanie uporządkował sprawy rodzinne. Dom przepisał na dzieci. Zabrał tylko rzeczy osobiste. Dwa miesiące później był z powrotem na Capri. Znalazł tam stałą pracę. Był ogrodnikiem w posiadłości milionerki Fiony Swarovski, prawnuczki Daniela Swarovskiego _ twórcy najsłynniejszej na świecie fabryki ekskluzywnej biżuterii ze szkła i kryształu, dziedziczki fortuny i imperium Swarovskich.
    - Pracowałem u niej półtora roku. Opiekowałem się też jej dwunastoma psami. Karmiłem, wyprowadzałem na spacer, pilnowałem, żeby... nie gryzły jej butów, bo kosztowały po kilka tysięcy euro.

Cenią go
Nauczył się włoskiego. Jadąc na Capri, znał tylko ,,si''. Jakiś czas później, dzięki wszechstronnym umiejętnościom, znalazł pracę w znanym hotelu. Teraz jest tam głównym mechanikiem.
    - Cenią mnie za to, że wszystko umiem zrobić. Będąc już na Capri rozwiodłem się z żoną.

Inaczej niż w Polsce
Prawie trzy lata temu ożenił się z Krystyną. 24 stycznia, dokładnie tego samego dnia, którego 11 lat wcześniej poznali się. Ślub wzięli w Rawiczu. Decyzję podjęli spontanicznie, urzędowe formalności załatwili w ekspresowym tempie. Są szczęśliwi ze sobą. Podoba się im na Capri. Sprzyja im tamtejszy klimat.
    - Tam żyje się łatwiej. Pieniądze z nieba nie lecą, ale też nie ubywają tak szybko, jak w Polsce i nie trzeba się martwić o jutro. W Polsce przeciętnym ludziom tak nie jest.
    Mimo to myślą, żeby za rok, dwa lata wrócić do Rawicza. Mają tam mieszkanie. Chyba jednak w Polsce chcą spędzić resztę życia. Są z innego pokolenia, myślą inaczej niż młodzi, którzy obecnie emigrują.
    - Jest w nas jakiś sentyment do Polski, do korzeni. Pewnie jakiś patriotyzm. Bo Polska to jednak nasz kraj, nasza ojczyzna.

Pasują do siebie
Krystyna podkreśla, że ma w Kaziu oparcie, którego tak długo jej w życiu brakowało.
    - Jest dobrym człowiekiem. Wyczułam to już na zabawie w ,,Kolejarzu''.
    Dla Kazimierza Krystyna jest jak miód na serce.
    - Dobrze nam ze sobą. Tworzymy zgarną parę.
    Mówią, że jak w korcu maku znaleźli tę drugą, pasującą połówkę.
    Lepiej późno niż wcale - dodają.

ZBIGNIEW SZULC

REPORTER nr 2091 page 010REPORTER nr 2091 page 011



Dodaj komentarz

Nie dodano jeszcze żadnego komentarza do tej publikacji.