Dodano: 2016-12-23 12:06   |   Dodał: a.jakubowski (Arkadiusz Jakubowski)   |   Kategoria: Aktualności

Wysłodki cz. II

Książka

Wysłodki cz. II

Muzyka i ping-pong
    W podstawówce miałem dwóch najlepszych kumpli, też Łukaszów. Jeden Łukasz był wysoki, ja byłem średni, a trzeci niski. Super wyglądaliśmy, stojąc obok siebie na apelu szkolnym, lub prężąc dumnie pierś przy odliczaniu na weufie. Oprócz tego, że się bardzo kolegowaliśmy, razem słuchaliśmy muzyki. Ojciec jednego z nas był melomanem. Przez jakiś czas pracował za granicą i kupił za dolary - jak na tamte czasy, czyli końcówkę lat osiemdziesiątych -  kosmiczny sprzęt grający: wzmacniacz i CD firmy Technics. Gdy mieliśmy lekcje na południową zmianę, przychodziliśmy do mieszkania kolegi, słuchaliśmy razem muzyki i oczywiście się wygłupialiśmy, jak to chłopaki z podstawówki. Tata kolegi miał pokaźną kolekcję płyt analogowych, ale również przywiózł zza oceanu kilkadziesiąt płyt kompaktowych. Nie słuchał punka, jednak to z jego płyt pierwszy raz usłyszałem The Police czy The Talking Heads. Płyty analogowe, ostrożnie wyciągaliśmy z okładek oraz folii i bardzo ale to bardzo delikatnie kładliśmy na talerz gramofonu, po czym wciskaliśmy guzik i muzyka grała. Nie pamiętam, które płyty nam się wtedy najbardziej podobały, ale to nie było najważniejsze. Najważniejsze było to, że spędzaliśmy razem czas i że mamy pewnie do dziś wspólne muzyczne DNA.
    Oprócz muzyki łączyło nas coś jeszcze. Tym czymś był ping-pong. W połowie podstawówki dwa razy w tygodniu nasza trójka i jeszcze jeden kolega, graliśmy w tę grę w niewielkiej salce w budynku spółdzielni mieszkaniowej na tak zwanych Górach. Kolega był potrzebny do debla, bo przy deblu jest największa frajda. Można robić niesamowite ścinki i  posyłać podkręcone piłeczki na kanty stołu. Przed meczami kupowaliśmy w spożywcza ku wodę grodziską w szklanych butelkach. W salce nie otwieraliśmy okien, a podczas gry pić bardzo się chciało. Każdy miał inną rakietkę, więc by było sprawiedliwe często się nimi wymienialiśmy. Gdy skończyła się podstawówka, skończył się też ping-pong. Zaczęły się dziewczyny. Ale to już była zupełnie inna gra.

Łukasz Mniejszy
    Z dwóch moich najlepszych kumpli Łukaszy z podstawówki, Łukasz Mniejszy zawsze chciał być i najczęściej był we wszystkim pierwszy. Pierwszy pojawiał się w szkole, choć miał do niej najdalej z wszystkich nas. Pierwszy miał wieżę stereo marki Schneider z osobnymi głośnikami. Zestaw posiadał dwie szuflady, więc mógł przegrywać muzykę z kasety na kasetę, co było bezcenną wartością. Pierwszy chciał grać w tenis ziemny i zaraził do tej gry innych. Pierwszy też miał prawdziwe adidasy, a także frotkę na rękę i czoło z prawdziwej froty. Pierwszy dostał od rodziców gitarę akustyczną i pod koniec podstawówki grał już na niej kawałki Tiltu i Sztywnego Pala Azji zarówno szybkie, jak i te wolniejsze.
    Chyba jako pierwszy z nas miał też dziewczynę, ale tu mogę się mylić, bo w podstawówce one nas jakoś tak za bardzo nie interesowały. Za to na pewno jako pierwszy widział nagą dziewczynę i opowiedział kilku wtajemniczonym kumplom wszystkie szczegóły i zakamarki, jakie zdołał ujrzeć przez kilka krótkich, lecz dla niego jakże długich chwil. Wysłuchaliśmy przeżyć z rozdziawionymi buziami, bo do tej pory widzieliśmy dziewczyny tylko i wyłącznie w ubraniach. Nigdy się nie pokłóciliśmy z Łukaszem o dziewczyny, choć znamy się od prawie czterdziestu lat. Zawsze podobały nam się inne i chyba podobało nam się w dziewczynach coś innego. Nie wiem dokładnie co, ale może na tym właśnie polega tajemnica, która sprawia, że się z jakąś dziewczyną zaczyna chodzić, a z inną nie.   
    Łukasz zawsze pierwszy z nas wszystkich miał nienaganną, lekką brązową opaleniznę, dodającą błysku. Gdy tylko w kwietniowy weekend słońce zaczynało trochę mocniej grzać, w poniedziałek w szkole pojawiał się z uśmiechem na opalonej twarzy. To był jego znak rozpoznawczy. Łukasz Mniejszy zrobił jeszcze jedną rzecz jako pierwszy. Kilka lat po studiach wyleciał do Australii i osiadł tam na stałe. Jest pierwszym i chyba jedynym gostyniakiem, który ma jednocześnie polskie i australijskie obywatelstwo. W Australii cokolwiek by nie robił i z kimkolwiek by tam żył, wiem, że słońca mu nie zabraknie i nie musi martwić się o opaleniznę.

Łukasz Większy
    Drugim moim najlepszym kumplem w podstawówce był Łukasz Większy. Znaliśmy się w zasadzie od urodzenia. Gdy mieliśmy po niecałym roku, nasi rodzice zamieszkali na tym samym osiedlu, w blokach położonych naprzeciw siebie, oddzielonych jedynie piaskownicą, ławkami, trzepakiem, sznurami na bieliznę i śmietnikiem. Gdy skończyliśmy dziesięć lat rodzice przeprowadzili się wspólnie na inne osiedle do większych, bo trzypokojowych mieszkań. I tym razem bloki były położone obok siebie, choć już nie naprzeciw i znów piaskownicę i trzepak mieliśmy wspólny. Nie dość, że chodziliśmy do tej samej szkoły podstawowej, nasi rodzice się znali, to jeszcze mieliśmy rodzeństwo w tym samym wieku. Z tym, że ja miałem o rok młodszą siostrę, a kolega o rok młodszego brata. Wiele nas łączyło, jednak było coś, co nas różniło.  Tym czymś było masło, którego ja nie znosiłem. On mógł za to zjeść na moich oczach pół kostki samego masła i nie zwymiotować.
    Łukasz Większy kojarzy mi się i zawsze będzie się kojarzył z Kanadą i muzyką. Tata Łukasza raz na jakiś czas wylatywał w latach osiemdziesiątych do Kanady zarabiać kanadyjskie dolary, które w kraju realnego socjalizmu pozwalały na wyższy standard życia. Z Kanadą związana jest też muzyka, bo to właśnie stamtąd ojciec kolegi, który był melomanem, przywiózł pierwsze płyty kompaktowe, jakie w życiu widziałem i słyszałem na rewelacyjnym, jak na ówczesne czasy sprzęcie stereo marki Technics. To również w mieszkaniu kolegi wypatrzyliśmy, gdzieś ukradkiem schowaną pod pufą, kolorową gazetę o nazwie Playboy. Nie pamiętam co prawda czy na posterze w środku swe wdzięki prezentowała wówczas blondynka czy brunetka, bo to nie było takie ważne. Gdy przeglądaliśmy z wypiekami na twarzy kredowe kartki Playboya na pewno na czymś innym skupialiśmy uwagę.   
    Pewnego razu na boisku szkolnym podczas jakiejś gonitwy biegłem co sił i Łukasz Większy podstawił mi nogę. Upadłem jak długi  i zaorałem zębami w asfaltową nawierzchnię. Lewa, górna jedynka pękła na pół. Wstałem i na wpół nieświadom nadchodzącego bólu krzyknąłem, dlaczego to zrobił? Łukasz spytał wówczas, że niby skąd mógł wiedzieć, iż się przewrócę i wypadnie mi połowa zęba? No właśnie skąd mógł wiedzieć, że jego czyn będzie miał niemiłe dla mnie następstwa. My mieliśmy niewiele ponad dziesięć lat i byliśmy tylko niesfornymi dzieciakami.  Za to zarówno wtedy, jak i dziś są dorośli, zachowujący się tak, jakby nie wiedzieli, że ich działania mogą spowodować w przyszłości konsekwencje nie tylko pozytywne, ale też i negatywne.

Ciuchcia
    Gdy chodziłem do podstawówki nie było tak jak teraz, że w zasadzie dziecko może mieć każdą zabawkę, jaką tylko wypatrzy na wystawie sklepowej lub witrynie internetowej. Teraz tak jest przynajmniej teoretycznie. Jedynym ograniczeniem są pieniądze. Gdy miałem siedem lat w sklepach rzadko kiedy można było zabawki zobaczyć, a jeśli już się pojawiły, nie robiły szału w głowie kilkulatka. Te zwykłe, szare i niezbyt fajne zabawki produkowane w krajach realnego socjalizmu, nawet jeśli rodzicom udało się kupić nie zachwycały. Szał robiły zabawki z Pewexu, ale na nie trzeba było mieć dolary, a tych nie było za wiele lub nie było wcale.
    Nie pamiętam większości zabawek, jakimi bawiłem się w dzieciństwie. Widocznie nie utkwiły w głowie, bo nie były specjalnie odlotowe. Na pewno miałem konika na biegunach, którego najprawdopodobniej w jakiejś części zrobiła moja babcia, pracująca w Gostyńskiej Spółdzielni Pracy Pallas. Na pewno posiadałem kolekcję samochodzików czy innych pojazdów, no bo każdy kilkuletni chłopak musi je bez dyskusji posiadać. Reszta zabawek nie wyróżniała się niczym szczególnym. Nie były ani kolorowe, ani wyjątkowe. Ot zapewne drewniane klocki czy plastikowe figurki. Jednak jednej zabawki nie zapomnę do końca życia, może właśnie dlatego, że kiedy ją dostałem nie wiedziałem, że takie zabawki w ogóle realnie istnieją na świecie.
    Miałem nie więcej niż 7 lat, gdy poszliśmy z rodzicami i siostrą do dziadków na Święta Bożego Narodzenia. Panie zajmowały się podawaniem wcześniej przygotowanych potraw na wigilijny stół. Panowie pomagali paniom, ale też rozmawiali jak to panowie, o sporcie, polityce i ogólnej sytuacji gospodarczej w kraju. Nas z siostrą najbardziej interesowała choinka, a w zasadzie to, co mieściło się w paczkach pod nią umiejscowionych. W końcu przyszedł ten czas i można było rozpakować prezenty. Mój miał kształt wąskiego, długiego prostokąta. Z wrażenia nie mogłem go przez dłuższą chwilę uwolnić z opakowania. Ręce nieporadnie starały się rozerwać pudełko, ale karton trzymał mocno. Dziadek musiał pomóc. Gdy w końcu ujrzałem prezent, oniemiałem z wrażenia. Była to półmetrowa ciuchcia. Ale nie zwykła ciuchcia. Ona świeciła, poruszała się dookoła osi, wydawała dźwięki i buchała parą z komina. Nie mogłem dostać nic lepszego. Prezent trafiony w dziesiątkę. Zajął w mojej głowie wszystko, co było do zajęcia. Cieszył oczy, nos i uszy. Nigdy wcześniej nie otrzymałem nic piękniejszego.
    Bawiłem się ciuchcią tego wigilijnego wieczoru tak długo, aż wyczerpałem baterie. Nie miałem zapasowych, więc bawiłem się nią nadal, ale już bez efektów dźwiękowych i świetlnych. Oglądałem ją ze wszystkich stron, by nacieszyć oczy niebiesko-srebrną zabawką. Liczyłem kilka razy wszystkie okna, koła i kominy. Potrafiłem już czytać i pod spodem ciuchci, obok kół znalazłem napis Made in China. Nie wiedziałem wtedy co znaczy, za to teraz wiem, że już w latach osiemdziesiątych Chińczycy produkowali wszystko, co tylko można wyprodukować, z tą różnicą, że w ówczesnej Polsce , nawet ich wyroby były czymś wyjątkowym.

Delfin z innej bajki
    Pewnego razu odwiedziłem kolegę, z którym chodziłem do tej samej klasy podstawowej.
    Mieszkaliśmy razem na osiedlu, z tym że mój blok mieścił się na początku ulicy, a jego na samym końcu. Spotykaliśmy się codziennie mniej więcej w tym samym miejscu i o tej samej porze idąc rano do Szkoły Podstawowej nr 3 w Gostyniu. Podążaliśmy na lekcje razem, opowiadając z przejęciem o kolejnych przygodach Załogi G czy Delfina Um. Oczywiście oglądaliśmy też Bolka i Lolka i Reksia, ale te bajki były na co dzień. Załogę G i Delfina Um mogliśmy oglądać raz w tygodniu i tylko po jednym odcinku, jaki puszczała w latach osiemdziesiątych w swych dwóch programach telewizja.
    W  Załodze G było sporo strzelaniny z laserów i kosmicznych potworów. Z kolei Delfin Um przenosił nas w świat oceanu. Oba światy, zarówno ten fantastyczny, jak i ten podwodny fascynowały nas. Każdy z nich był równie daleki i egzotyczny. Kosmos kojarzył nam się z pierwszym i jedynym jak dotąd polskim kosmonautą Mirosławem Hermaszewskim. Z kolei największy zbiornik wody z jakim mogliśmy mieć do czynienia to był Bałtyk, którego woda w niczym nie przypominała toni, w której pływał delfin Um. A delfin pływał w wodzie wręcz przezroczystej.
    Kolegę odwiedziłem nie po to, by oglądać któryś z seriali animowanych dla dzieci, bo w latach osiemdziesiątych nie było ani dividi ani pendrajwów, ani tym bardziej jutuba i te seriale telewizja transmitowała tylko i wyłącznie w ściśle określonych godzinach. Mieliśmy razem odrabiać lekcje z geografii i przygotować się do sprawdzianu z matematyki. Tak się jednak złożyło, że przez większość czasu przeznaczonego na naukę opowiadaliśmy sobie o najnowszych przygodach francuskiego delfina. On co prawda nie mówił po francusku, ale wydawał z siebie niesamowity dźwięk, który próbowaliśmy raz z większym raz z mniejszym powodzeniem naśladować.
    Próbowaliśmy też razem lub każdy na swój sposób śpiewać lub nucić tytułową, serialową piosenkę. Żaden z nas nie znał języka francuskiego, więc kaleczyliśmy strasznie wymowę poszczególnych słów śpiewanych z pamięci. Ten ssak morski był dla nas z zupełnie innej bajki. Może nie lepszej niż Bolek i Lolek, ale na pewno bardziej pożądanej. Bo wszystko, co rzadziej dawkowane jest szczególnie pożądane. Tym bardziej, jeśli jest do tego pełne kolorów i fantastycznych obrazków.

REPORTER nr 1990 page 015REPORTER nr 1990 page 016



Dodaj komentarz

Nie dodano jeszcze żadnego komentarza do tej publikacji.