Dodano: 2016-12-23 11:37   |   Dodał: a.jakubowski (Arkadiusz Jakubowski)   |   Kategoria: Aktualności

Wielkopolanka

Starówka grudzień 2016

To tu była Wielkopolanka


Najstarsi pamiętają wnętrze kawiarni z okrągłymi stolikami i giętymi krzesłami. Nieco młodsi smak lodów i ciastek z ul. Łaziebnej. Później, za sprawą sklepu z cukierkami, też jeszcze było słodko. Od kilku lat finanse zastąpiły słodycze, a wygląd kamienicy chyba nigdy tak nie przyciągał wzroku przechodniów

Rynek 34. Prawie sto lat temu z tym miejscem swoje losy związała rodzina Kanteckich. I choć wśród przodków byli powstańcy, duchowni, publicyści, bibliotekarze, to do Leszna w 1920 roku przybył przedstawiciel innej gałęzi rodzinnych tradycji. Florian Kantecki był rzemieślnikiem – mistrzem cukiernictwa, wyrobu marcepanów, czekolady i cukrów.

Gospoda
Jak byśmy współcześnie powiedzieli, ciągoty do gastronomii w rodzie Kanteckich sięgają dość odległych czasów. Na początku XIX wieku jeden z przodków wraz z ziemią i kawałkiem lasu, kupił też gospodę. Oprócz przypisanego do tego typu miejsca asortymentu jadła i napitków, w gospodzie handlowano również artykułami korzennymi. Jednym z synów właściciela majątku był Tomasz, ojciec Floriana Kanteckiego.
    Zanim jednak Tomasz założył rodzinę, jako powstaniec styczniowy trafił na Syberię. Wprawdzie udało mu się wrócić z zsyłki, ożenić i mieć dzieci, jednak nie nacieszył się rodziną zbyt długo. Zmarł, gdy Florian miał zaledwie trzynaście lat, a jego najmłodsza siostra siedem. Następne lata dla osieroconych dzieci nie były łatwym ani bogatym czasem.
    Prawdopodobnie to doświadczenie sprawiło, że Florian Kantecki – przyszły mieszkaniec Leszna i właściciel znanej w mieście kawiarni – tak bardzo starał się zapewnić swoim dzieciom szczęśliwe i dostatnie życie. Wybrał zawód cukiernika, którego przez kilka lat uczył się w Poznaniu. Zanim otworzył własną firmę,

Leszno
Styczeń 1920 roku. Leszno na mocy traktatu wersalskiego wraca do Polski. Spora część mieszkańców – Niemców i Żydów – nie chce mieszkać w granicach niedawno odrodzonej Rzeczpospolitej. Decydują się opuścić miasto i wyjechać do Niemiec. Ich miejsce zajmują Polacy, którzy ściągają do tego przygranicznego miasta z różnych stron kraju i spoza jego granic.
    Zaczyna się wielkie sprzedawanie i kupowanie. Sprzedają ci, którzy wyjeżdżają, a kupują ci, którzy chcą się w Lesznie osiedlić. Notariusze mają prawdziwe żniwa. Z rąk do rąk przechodzą apteki, warsztaty, firmy, place, domy. Wśród tych najcenniejszych są kamienice przy Rynku. Na kupno jednej z nich ma ochotę Florian Kantecki, mąż córki hotelarza, Zofii, ojciec pięciorga dzieci i właściciel cukierni przy ul. Kaliskiej 10 w Pleszewie. Przeprowadzka w nowe miejsce to niełatwa sprawa, tym bardziej, że kupno dwupiętrowej kamienicy z dużym lokalem na parterze i oficyną, to niemały wydatek.
    Decyzja jednak zapada. Państwo Kanteccy zamykają cukiernię w Pleszewie, sprzedają co się da, kupują dom w Lesznie i otwierają Wielkopolankę, bo tak nazwali swoją cukiernię-kawiarnię.
    – Żeby kupić kamienicę, dziadek musiał zaciągnąć kredyt, bo nie miał tyle pieniędzy, aby za nią zapłacić – opowiada wnuk, Antoni Kantecki. - Takim widocznym do dzisiaj śladem po dziadku, jest  balkon. Kamienica nie miała balkonu, a dziadek chciał go mieć, więc zarządził dobudowanie balkonu na pierwszym piętrze.
    Ten balkon przez wiele następnych lat był znakiem rozpoznawczym Kanteckich. Na każdą uroczystość, szczególnie na Boże Ciało, pięknie udekorowany w narodowe barwy i symbole.

Zofia
Decyzja o kupnie kamienicy okazała się z jednej strony trafna, gdyż na prawie następnych sto lat zapewniła rodzinie dach nad głową i możliwość utrzymania, jednak z drugiej strony naznaczyła koleje jej życia.
    Tak jak jego ojciec, tak i Florian nie doczekał sędziwej starości. Te trudne wydarzenia opisał w swoich wspomnieniach Lech Kantecki: ,,Ojciec i matka bardzo nas kochali. Ojciec był łagodny, pobłażliwy i pracowity. Chciał, aby nam było lżej, niż jemu. Z matką szanowali się i kochali. W 1922 roku ojciec przeziębił się. Długo chorował. Zdawał sobie sprawę, że nie wyzdrowieje, martwił się jak sobie mama nasza bez niego da rady. Do śmierci swojej przygotowywał nas synów. Mówił mi, Kanteccy nie splamili się. Zostawiam Wam czyste nazwisko i takie macie przekazać następcom.''
    Florian Kantecki zmarł w 1924 roku mając zaledwie 46 lat. Dla żony i dzieci, z których najstarszy Jan miał 15 lat, to była nie tylko strata męża i ojca. To był także ogromny strach o przyszłość, gdyż na rodzinie ciążył niespłacony dług za kupno kamienicy. Młodszy syn, Lech, po latach tak napisze: ,,Dom ciągle niespłacony, duże długi. Matka obejmuje kierownictwo, sama pięcioro dzieci i długi. Najzdolniejszy i najofiarniejszy z nas, Janek, mimo oporów matki, widząc jej pracę i obowiązki, postanawia jej pomóc. Występuje z gimnazjum i idzie na trzy lata na naukę cukiernictwa  do Poznania. Po zdaniu egzaminu czeladniczego wraca do Leszna i bardzo skutecznie pomaga matce łożąc na wykształcenie reszty rodzeństwa.''
    Pierwsze lata były zapewne najtrudniejsze, ale córka hotelarza, żona mistrza cukierniczego nie poddała się. Każdego dnia wyprawiała dzieci do szkoły, otwierała kawiarnię, zarządzała pracownikami, spłacała kredyt zaciągnięty na kupno kamienicy. Od momentu, gdy Jan wrócił z Poznania przez następne dziesięciolecia pracowali razem. Ona do wojny i kilka lat po niej w kawiarni, on w oficynie w piekarni, gdzie powstawały czarujące smakiem tory, ciastka, rogale.

Wojna
Wrzesień 1939. Do Leszna wkraczają Niemcy. Tym razem nie ma sprzedawania i kupowania. Polacy muszą oddać okupantom swój majątek. Dotyczy to także rodziny Kanteckich. Wprawdzie hitlerowcy pozwalają Zofii i jej rodzinie nadal mieszkać w domu przy Rynku, ale kawiarnię i piekarnię przejmują. Troje dzieci zostaje skierowanych do przymusowej pracy u Niemców.
    Odebranie majątku, to jednak nie jest najgorsza z rzeczy, jakie przyniosła ze sobą wojna. Dwóch synów nie wraca do domu. Lech, jako oficer Wojska Polskiego bierze udział w kampanii wrześniowej, a następnie trafia do niewoli, która kończy się dla niego pobytem w obozie koncentracyjnym w Mathausen. Przeżywa w nim 49 miesięcy do wyzwolenia i prawie natychmiast dołącza do II Korpusu we Włoszech, z którym następnie trafia do Anglii. Po zakończeniu wojny nie wraca do Polski. Zostaje zegarmistrzem i jednocześnie społecznie pracuje jako archiwista w Instytucie im. Józefa Piłsudskiego w Londynie.
    Los najmłodszego, Kazimierza, jest tragiczny. Jako harcerz najpierw na ochotnika bronił Warszawy, później z grupą innych harcerzy przez Karpaty próbował dostać się do polskiej armii we Francji. Zostaje złapany, trafia do więzienia, a następnie do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Do matki docierają listy, w tym ten ostatni. Umiera 24 grudnia 1940 roku.

Zmiany
Gdy w styczniu 1945 roku na leszczyńskim ratuszu ponownie zawisła biało-czerwona flaga, cieszyli się wszyscy. Mimo strat, cierpienia, śmierci Leszno znowu zaczęło się odradzać. Wracali jego mieszkańcy, otwierano szkoły, sklepy, zakłady. Na kamienicy Kanteckich ponownie pojawił się napis Wielkopolanka. Przy okrągłych, małych stolikach z marmurowymi blatami zasiadają goście, a w witrynie tuż przy wejściu wzrok przyciągają pierwsze powojenne wypieki Jana Kanteckiego i słynne na całe Leszno lody.
    Niestety po kilku latach Kanteccy ponownie tracą kawiarnię, która zostaje upaństwowiona. Zachowują jedynie prawo do prowadzenia swojej piekarni w oficynie. Niebawem przy ul. Łaziebnej udaje im się otworzyć małą cukiernię, w której sprzedają ciasta i lody.
    – Jako dzieciak pamiętam smak ciastek, szczególnie rogali wypełnionych taką wilgotną, makową masą – opowiada Antoni Kantecki. – Lody też były, ale nie takie jak kiedyś ze śmietany i jajek – nie pozwalał na to Sanepid. Wujek robił lody z cukru, wody, dodatków, ale też były dobre.
    Zofia Kantecka umiera w 1971 roku. Przeżyła swojego męża o prawie pół wieku i tak naprawdę to ona wspólnie z synem Janem spełniła jego marzenie o domu, cukierni i kawiarni w Lesznie.

Cukierki
–  Gdy w 1989 roku zmieniła się sytuacja w naszym kraju, wiedziałem że przyszedł czas na zmiany także w moim życiu – mówi Antoni Kantecki. – Prowadziłem zakład tworzyw sztucznych pod Lesznem, który produkował nadkola do samochodów. Zapotrzebowanie na ten towar kończył się, bo z dnia na dzień przybywało konkurencyjnych produktów w sklepach motoryzacyjnych. Trzeba było szukać czegoś nowego.
    W pewnym momencie pojawił się pomysł na sklep z cukierkami.
    –  Ponieważ reszta rodziny przystała na objęcie lokalu, który można było znowu odzyskać, to spróbowałem iść w tym kierunku. – opowiada dalej Antoni Kantecki. – Udało mi się nawiązać współpracę z Goplaną i otworzyłem firmowy sklep. Prowadziłem go 18 lat.
    I znowu Rynek 34 zaczął się kojarzyć z nazwiskiem Kantecki i słodyczami. Szeroki asortyment, dobra obsługa, zadbane wnętrze – to wszystko sprawiało, że klienci chętnie odwiedzali to miejsce. Szczególnie przed świętami ruch był duży. Do czasu.
    – Od 2000 roku dało się już zauważyć istotne zmiany – kontynuuje Antoni Kantecki. – Zaczęło przybywać sklepów wielkopowierzchniowych i taki sklep jak mój nie mógł konkurować cenami. Pomyślałem wtedy, że skoro rodzina przez tyle lat prowadziła kawiarnię (po upaństwowieniu prze wiele, wiele lat kawiarnia nosiła nazwę Ratuszowa), to może wrócić do tej tradycji.
    Niestety planów nie udało się zrealizować. Na przeszkodzie stanął konserwator zabytków, który nie przystał na rozbudowę tak, by kawiarnia zyskała większą powierzchnię i nowoczesne zaplecze.
    – Mimo wszystko jeszcze przez osiem lat kontynuowałem działalność. Ostatecznie w sierpniu 2008 roku zamknąłem sklep.

Bank
Ostatnie lata to nowa odsłona dla kamienicy. Miejsce dawnej kawiarni, a później sklepu z cukierkami, zajął bank, który wynajął nie tylko parter, ale też pierwsze piętro. Nowa funkcja wymusiła przygotowanie nowej przestrzeni. Dopełnieniem przeobrażeń był ubiegłoroczny remont całej elewacji od strony Rynku. Pozostała jeszcze oficyna od strony ul. Małej Kościelnej, czyli dawna piekarnia rodziny Kanteckich. Stan techniczny budynku wymusił konieczność jego rozbiórki.
    – Co dalej – zastanawia się Antoni Kantecki. – Na razie czekam. W tej chwili trudno przewidzieć co będzie ze Starówką, jakie skutki przyniosą działania miasta i czy rewitalizacja spowoduje ożywienie. Chcę wierzyć, że tak się stanie.
KAROLINA STERNAL

REPORTER nr 1990 page 008REPORTER nr 1990 page 009



Dodaj komentarz

Nie dodano jeszcze żadnego komentarza do tej publikacji.