Dodano: 2017-05-30 18:12   |   Dodał: a.jakubowski (Arkadiusz Jakubowski)   |   Kategoria: Kulturalne Leszczyńskie

W okolicy "pięćdziesiątki"

"Często coś, co wydaje się banałem, w rzeczywistości jest poważnym problemem, i tylko humor, śmiech, czasem łzy, taniec, śpiew, wspomnienia, czy zwykła rozmowa, mogą uratować związek dwojga kochających się ludzi" mówi Karol Wróblewski, reżyser "Małych zbrodni małżeńskich", kolejnej premiery Teatru Miejskiego w Lesznie.

I ma stuprocentową rację. Tyle, że Eric Emmanuel Schmitt, autor sztuki, do tego „arsenału” pozwalającego uratować związek dodaje jeszcze jedno narzędzie: morderstwo.  A właściwie próbę morderstwa. O tak, bo próba morderstwa też może uratować związek dwojga ludzi... STOP! Więcej nie powiem, bo i tak mam wrażenie, że trochę (ale tylko odrobinę)  zaspojlerowałem, a psuć zabawy nie zamierzam. Tekst Schmitta jest świetny: inteligentny, przewrotny i zaskakujący, a przez to interesujący. Z gatunku tych, które po prostu się śledzi, będąc najzwyczajniej w świecie ciekawym zakończenia. Na dodatek jest zabawny, czyli można się też pośmiać. Dla mnie ma jeszcze jeden walor dodatkowy: adresowany jest do tych, którzy, wypisz, wymaluj, znajdują się w tym  samym momencie życia, co ja. Jeśli jesteś w okolicy pięćdziesiątki, żyjesz w związku, to na pewno, słuchając Lisy albo Gillesa (bohaterów sztuki), nieraz pomyślisz: zaraz, zaraz, przecież ja to powiedziałem!
    Sztuka jest diagnozą wieloletniego związku i pokazuje związane z tym  „wieloleciem”  niebezpieczeństwa. Nie, wcale nie chodzi o jakieś spektakularne zagrożenia, wręcz przeciwnie, raczej o patynę, która z biegiem lat pokrywa najszlachetniejsze nawet rodowe srebra i która, z pozoru niegroźna, może te srebra zniszczyć. Co robić? Schmitt mówi nam co robić, choć nie należy oczywiście tych jego wskazówek traktować dosłownie. Przerysowanie ma dać do myślenia i zmusić chociażby do rozmowy. Bo rację ma reżyser: często w związku kochających się ludzi zwykła rozmowa wystarczy.
    Na scenie widzimy dwoje aktorów jakby stworzonych do ról Lisy i Gillesa: Beatę Kawkę i Mirosława Zbrojewicza. Aktorem nie jestem, ale myślę, że kiedy ma się już za sobą jakiś bagaż życiowych doświadczeń i przeżyło parę lat (no właśnie te około pięćdziesiąt) to czasami i tekst, który przychodzi wygłaszać ze sceny nie jest tylko kolejną kwestią do wyuczenia, ale treścią, którą się zna z autopsji. W każdym razie widz ma wrażenie, jakby tak było. I dobrze, na tym polega aktorstwo. Obsada to  jeden z  mocniejszych (jeśli nie najmocniejszy) punktów leszczyńskich „Małych zbrodni małżeńskich”.
    Tekst Schmitta jest momentami zabawny (Ja nie odmawiam, ja odraczam – mówi Lisa), jednak twórcy leszczyńskiej adaptacji akcenty położyli gdzie indziej. Owszem, są i okazje do śmiechu, ale na plan pierwszy wysuwają się,  mimo wszystko,  poważniejsze kwestie  i zmuszani jesteśmy, my widzowie, do zadania poważnych pytań samym sobie. Idę o zakład, że chyba każdy pomyśli to samo: a jak jest u mnie, u nas? Ale jednocześnie Schmitt nas uspokaja, podsuwa nam odpowiedzi  i mówi: spokojnie, nie zawsze coś, co źle wygląda, jest naprawdę katastrofą. Bo często tylko tobie się wydaje, że „coś złego się dzieje”, bo sobie coś dorabiasz, tworzysz własne teorie, sam (sama) się nakręcasz. Niepotrzebnie, bo wszystko jest przecież OK. Po prostu spytaj, pogadaj, zaufaj....
    Leszczyńskie „Małe zbrodnie małżeńskie” dzieją się na stacji metra. Nie ma to specjalnego znaczenia dla fabuły, dramaturgicznie okazuje się takie umiejscowienie akcji pomysłem dobrym. Daje duże możliwości grania dźwiękiem (brawo Grzegorz Jurga) i dodaje dynamiki (odjeżdżające i przyjeżdżające pociągi). Autorem scenografii jest Arkadiusz Kośmider, któremu wyjątkowo dobrze udało się oddać klimat. Świetne są kostiumy zaprojektowane przez Monikę Palikot. Wiem na pewno, że wielkie zainteresowanie pań wzbudziła na przykład spódnica Lisy zrobiona ze spodni. A mnie bardzo podobały się marynarki Gillesa. Może sobie taką sprawię...
Arkadiusz Jakubowski

Teatr Miejski w Lesznie, "Małe zbrodnie małżeńskie" w reżyserii Karola Wróblewskiego.
    
    
    
   



Dodaj komentarz

Nie dodano jeszcze żadnego komentarza do tej publikacji.