Dodano: 2017-04-15 10:24   |   Dodał: a.jakubowski (Arkadiusz Jakubowski)   |   Kategoria: Kulturalne Leszczyńskie

Spotkanie niezobowiązujące

Człowiek teatru, ale też filmu. Aktor i nauczyciel. Jest wierny przekonaniu, że dopóki istnieją ludzie, to będzie istniał teatr. Nie sposób wyliczyć wszystkich ról i scen, które kreował i na których występował. Co dla nas ważne, gra również w spektaklach na deskach Teatru Miejskiego w Lesznie. Z Janem Peszkiem rozmawia Karolina Sternal

Czy to prawda, że nie lubi Pan czytać Henryka Sienkiewicza?

Tak, to prawda. Nie interesuje mnie literatura „ku pokrzepieniu serc”.

Dlaczego?

Prawdopodobnie bierze się to stąd, że w młodości powstał we mnie pewnego rodzaju uraz. Mój ojciec, który pochodził z Kresów i który za rzecz oczywistą uważał konieczność zaznajomienia się z tym kanonem, usilnie namawiał mnie do lektury Sienkiewicza. Zależało mu, abym miał go w sercu tak jak on go miał. A ja, najzwyczajniej w świecie, nie byłem w stanie pokonać tej lektury. Wydawała mi się ona nieciekawa, nudna i kompletnie mnie nie przekonywała. Wielokrotnie ojciec przymuszał mnie do czytania Sienkiewicza. Być może właśnie ten tryb przymuszenia wtedy nie zadziałał. Natomiast do dziś najzwyczajniej w świecie nie szanuję tej literatury i mówię to wprost. Przeczytałem oczywiście kilka pozycji i wydaje mi się, że to nie jest literatura poważna. I w tym względzie argumenty patriotyczne zupełnie mnie nie przekonują i nie dotyczą.

O ile twórczość Henryka Sienkiewicza nie cieszy się Pańskim uznaniem, to zupełnie odwrotnie jest z Witoldem Gombrowiczem. Co takiego znalazł Pan w jego twórczości?

Byłem licealistą, kiedy wpadły mi w ręce pierwsze wydania „Ślubu” i „Ferdydurke” Gombrowicza. To były lata pięćdziesiąte i muszę powiedzieć, że niewiele z tego wtedy rozumiałem, ale natychmiast się zanurzyłem w tej literaturze. To był magnes, który mnie irracjonalnie przyciągał. Atrakcyjność Gombrowicza, jego wyrazistość, wywrotowość o wiele bardziej mnie przekonały, niż takie quasi-staropolskie pisarstwo Sienkiewicza.

Jednak przecież obaj pisarze odnoszą się do takich pojęć jak: naród, patriotyzm, bycie Polakiem.

Ale zupełnie inaczej. O ile Sienkiewicz całkowicie akceptuje nasz charakter narodowy, a tu ja pozostaję w wyraźnej kolizji z tą akceptacją, o tyle Gombrowicz składa się z nieustannego ataku na polskość jako taką. To znaczy na jej prowincjonalność, zaściankowość, nietolerancyjność, zapatrzenie w siebie.

Pan się zgadza z taką oceną nas, Polaków?

Absolutnie. Do dzisiaj czytam i gram ciągle Gombrowicza, jak chociażby obecnie w „Dziennikach” w Teatrze IMKA w Warszawie w reżyserii Mikołaja Grabowskiego. Wracając do lektury. Oczywiście można powiedzieć, że Gombrowicz jest, aczkolwiek ja takich podziałów nie dokonuję, pisarzem inteligenckim, skierowanym ku inteligencji, a więc ku bardzo wyrazistej grupie społecznej, natomiast Sienkiewicz jest skierowany do widza ogólnego, bardzo szeroko pojętego. Można powiedzieć, do każdego, ale ja uważam, że to Gombrowicz trafniej charakteryzuje nas jako naród.

Gombrowicz towarzyszy Panu na scenie właściwie przez całe życie zawodowe. Ale zagrał Pan także w „Trylogii”.

Zagrałem w „Trylogii”, ale to nie oznacza, że ja „Trylogię” akceptuję. Zagrałem ponieważ Jan Klata zaproponował mi rolę Janusza Radziwiłła, a mnie bardzo zainteresowało kilka faktów. Po pierwsze jak można z tak ogromnego, składającego się z kilku tomów dzieła zrobić spektakl. I druga rzecz, to jak młody człowiek, bo przecież Jan Klata mógłby być moim synem, zabierze się za ten temat i co on z tego wyczyta.

Zaintrygowało Pana co reżyser wyłowi z „Trylogii”?

Tak, właśnie to. Nie literatura Sienkiewicza, ona nigdy mnie nie zainteresowała. Muszę przyznać, że stała się ona dla Klaty taką prześmiewczą pożywką, bardzo inteligentnie sportretowanym Polakiem, bez taryfy ulgowej. W spektaklu pojawiło się trochę takiego gombrowiczowskiego myślenia o Polaku, przy całej sympatii dla faktu, że jest się Polakiem – bo tego się nie wyprzemy.

Co Pan obecnie czyta?

Czytam sporo książek. Natomiast prawie w ogóle nie czytam gazet, nie są mi one potrzebne. Czytam czasami artykuły, które są mi podpowiedziane, albo się dowiem, że należy je przeczytać. Tym informatorem jest zazwyczaj moja żona, albo wymogi środowiska. Aktor powinien wiedzieć w jakim świecie żyje, bo o nim mówi, ale do tego gazety nie są mi potrzebne. Tak jak z wyboru nie jestem komputerowy, a więc w związku z tym internetowy i nie korzystam z usług wirtualnego świata.

Jak Pan zatem poznaje współczesny świat, bo ponoć bez internetu, bez Facebooka, bez komórki trudno go zrozumieć?

Komórkę mam dlatego, że jest mi potrzebny budzik, ponieważ dużo podróżuję. GPS-u nie potrzebuję, bo posługuję się zawsze mapą, czyli kartografią i trafiam tam, gdzie chcę. Nie potrzebuję podpowiedzi dotyczącej objazdów korków, po prostu wcześniej wyjeżdżam. Czasami trzeba coś ustalić zawodowo i wtedy przydaje się komórka, ale nie jest mi ona w żadnym razie potrzebna do prowadzenia rozmów towarzyskich. Nie czuję się ani gorszy ani lepszy przez fakt, że nie posługuję się tym medium, które w moim przekonaniu, powierzchownie bada kontakty międzyludzkie. Ja się po prostu kontaktuję z żywymi ludźmi.

Dużo Pan rozmawia z ludźmi?

W pewnym stopniu tak, ale to nie są niekończące się rozmowy. Wiedzę o świecie, w którym żyję czerpię z żywych ludzi. To są ludzie, których spotykam w autobusie, tramwaju, pociągu. To są ludzie, których spotykam na ulicy, ale przede wszystkim to są moi studenci. Wiedzę zdobywam nie z faktu, że młodzi ludzie opowiadają mi jaki ten świat jest, tylko ze sposobu ich zachowań, z tego co czytają, a raczej nie czytają, z tego co bardzo powierzchownie dowiadują się z tych mediów, które niby są błogosławieństwem. Kiedy na moje pytanie o zjawisko w sztuce albo o twórcę moi studenci natychmiast sięgają po telefon, aby uzyskać informację, ja to każę blokować, bo widzę od razu, że to nie jest informacja. Ale oczywiście nie zawsze tak jest. Młodzi ludzie ciągle są wspaniali i nie można ich, że tak powiem, ustawiać pod kreską tylko dlatego, że korzystają z dóbr techniki, która po to jest, żeby z niej korzystać. Ale to są pseudo ułatwienia, to jest przede wszystkim naskórkowa wiedza, to jest wiedza, która eliminuje możliwość autoanalizy, autorefleksji. Myślę, że człowiek współczesny coraz mniej potrafi decydować o sobie i konstruować samodzielnie jakąkolwiek figurę myślową z bardzo prostego powodu: no właśnie dlatego, że otrzymuje gotowe wzorce nie wiadomo przez kogo skonstruowane, nie wiadomo skąd wzięte i na ogół fałszywe. To mi nie jest kompletnie potrzebne. Wracając do prasy. Nie czytam gazet, bo to jest najzwyczajniej w świecie przejaw mechanizmów ekonomicznych. Tak samo jak dzienniki telewizyjne. Nie oglądam telewizji. Wiadomo, że dziennik bez wiadomości o rozlewie krwi, bez odpowiedniej dawki agresji jest nic nie wart. To jest wszystko szaleństwo, ja nie zamierzam się temu szaleństwu poddawać. Z uporem maniaka twierdzę, że człowiek jest ciekawy, owszem bywa okrutny, ale nie składa się tylko i wyłącznie ze zła. A już na pewno nie zgodzę się nigdy na żadną formę niewolnictwa, a właśnie te środki mnie ubezwłasnowolniają.

Jak Pan ocenia współczesne dramatopisarstwo?

Ja się średnio odnoszę do poziomu pisania, ale czytam sporo. Jest na przykład taki autor – Mateusz Pakuła – którego bardzo cenię i uważam, że na obecnym bezrybiu jest to ktoś bardzo interesujący. Ale mój pogląd krytyczny bierze się stąd, że młodzi piszący dla teatru pomylili przede wszystkim pojęcia. Jest taki wydział w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Krakowie – Wydział Dramaturgii Teatru. Im się tam wydaje, że dramaturg to jest ktoś kto pisze sztuki. To jest kompletne pomylenie. Dramaturg – wzięty zresztą z niemieckiej tradycji teatralnej – jest to człowiek, który porządkuje tekst, zajmuje się kompozycją, doradza i tak dalej. Ale on nie pisze. Od pisania jest dramatopisarz i o ile wiem, to takich szkół nie ma. W Stanach jest coś takiego jak dobre pisanie, ale dramatopisarstwa jako takiego nie ma na żadnej uczelni. Natomiast nasi dramaturdzy wzięli się za pisanie i piszą tylko dlatego, żeby burzyć stare porządki. Nie dają w gruncie żadnych, w moim przekonaniu, ciekawych propozycji. Owszem, to są czasami ludzie interesujący, którzy mają coś do zaproponowania, ale żeby stworzyć tekst, którego adresatem jest teatr, to trzeba znać jego naturę. Teatr przy całej jego komplikacji jest dość przejrzysty. I mimo wszystkich wstrząsów, rewolucji i innych zawirowań, zachowuje pewną, powiedziałbym, jednolitość i najzwyczajniej w świecie widz nie da się ogłupić, gdy ze sceny płyną komunikaty, które zawierają tylko jakiś bełkot. Dramat musi dotyczyć tego, kto zawsze jest najważniejszy w teatrze – człowieka, bohatera. To jest główny temat, którym się powinien z pełnymi konsekwencjami zajmować teatr. Jestem ciągle wierny takiemu beznadziejnemu przekonaniu, że dopóki istnieją ludzie, to będzie istniał teatr. Bo zawsze będzie potrzebne takie niezobowiązujące spotkanie żywego człowieka z żywym człowiekiem. Pod warunkiem, że na scenie poruszają się żywi ludzie. To jest paradoks teatru, że my aktorzy obracamy się w świecie iluzorycznym, a musimy być absolutnie prawdziwi i przekonujący. I tego jakoś młodzi ludzie zajmujący się pisaniem dla teatru nie uwzględniają. Ale może ja po prostu nie nadążam.

Niedawno w sztuce „Błogie dni” w Teatrze Ateneum w Warszawie zagrał Pan aktora na emeryturze. Jak się jest aktorem emerytem na scenie, a jak w życiu?

To jest szczególna postać, którą przyjąłem ochoczo jako propozycję nie tylko ze względu na partnerkę, aktorkę Jadwigę Jankowską-Cieślak, ale także ze względu na nieźle napisany współczesny dramat irlandzki. To co najbardziej mnie zachęciło do tej roli to fakt, że mój bohater, właściwie z wyjątkiem jednej sceny, siedzi cały czas na wózku inwalidzkim. Ja jestem człowiekiem ruchu, takiej aktywności przejawiającej się w dość ekspansywnych zachowaniach, aż tu nagle wózek. Najzwyczajniej w świecie zaciekawiło mnie co to dla mnie oznacza. To jest kompletnie inny rewir, inny teren, w którym ja muszę popracować i zobaczyć co by to było, gdybym na przykład znalazł się na wózku. Bo takie pytania kiedy ma się 73 lata przecież przychodzą. Mógłbym być w takiej sytuacji jak on. Mój bohater zrezygnował z aktywności życiowej, świadomie wylądował na tym wózku, żeby zupełnie się odseparować od ludzi. To był główny motyw, dlaczego podjąłem się tej roli. Natomiast jeśli chodzi o bycie emerytem w życiu, to ja kompletnie nie odczuwam istoty emerytury czy emeryctwa. Mam naturę i umysłowość ciągle młodego człowieka, co się wydaje śmieszne i musi być kolizyjne z moim starzejącym się ciałem. Natomiast nie mam potrzeb emeryta, zachowań emeryta i przyzwyczajeń. Nie uczestniczę w żadnych posiedzeniach, spotkaniach klubów, robię swoje. Natomiast mówią mi wszyscy, włącznie z rodziną, że za dużo robię. Faktycznie bardzo dużo pracuję, może nawet więcej niż wtedy, gdy byłem etatowym aktorem.

Z czego to wynika? Z potrzeby bycia w zawodzie, na scenie?

Ponieważ jestem wolny, nie pracuję na etacie w teatrze, to wszyscy myślą, że ja mam dla wszystkich czas i ochotę spotykania się. Owszem ochotę ciągle mam, ale czasu wcale nie tak dużo. Na razie zrobiłem sobie taki urlop w postaci nie przyjmowania nowych ról teatralnych. To nawet nie chodzi o to, że nie mam czasu się do nich przygotować, ale kiedy te role grać? Gram w co najmniej dwudziestu sztukach, które ciągle chodzą w kilku teatrach warszawskich, krakowskich i innych, między innymi gram w Teatrze Miejskim w Lesznie. Na to wszystko trzeba po prostu znaleźć czas. Muszę być solidny wobec instytucji, z którymi zaczynam współpracę. Do tego jest jeszcze praca ze studentami szkoły teatralnej oraz projekty filmowe, aczkolwiek pod tym względem jestem okropnie wymagający, więc tych ról filmowych nie jest znowu tak dużo.

W Teatrze Miejskim w Lesznie w spektaklu „Nie strój zdobi nieboszczyka” gra Pan podwójną rolę – Mundiego, fryzjera z ciągotami do aktorstwa oraz pani Wirtz, bogatej wdowy. Lubi Pan czarną komedię?

Tak. Bywam zmęczony, co bywa absolutnie ludzkim odruchem, grając w spektaklach z tak zwanymi aspiracjami, czyli wysoce artystycznych. To nie oznacza, że „Nie strój zdobi nieboszczyka” jest spektaklem poniżej pewnych aspiracji. Nie. Właśnie to co mnie najbardziej uwiodło w propozycji dyrektora Błażeja Baraniaka to to, że on się zachwycił tym tekstem. To jest bardzo dobra dramaturgia – rozrywkowa, ale dobra. Rola kobiety, którą gram i którą po części się staję, właściwie nie jest dla mnie niczym nowym. Nie boję się ekstremalnych sytuacji, raczej się im nawet z lubością poddaję, bo wtedy tak naprawdę poznaje się własną naturę. Argumentem było także to, że reżyserował to Błażej Peszek. Ufam w jego gust i zaciekawiało mnie jak się potoczy współpraca. Poza tym to jest druga część „Pojedynku”, też z premierą tutaj w Lesznie i też w reżyserii Błażeja Peszka, a on jakoś smakowicie ten gatunek, czyli sceniczny kryminał, pielęgnuje. Krótko mówiąc, trzeba zejść z obłoków i zająć się czymś prostym, konkretnym, czymś co widzowie bardzo lubią i na co czekają. Nie widzę w tym dla aktora mniejszej satysfakcji od tak zwanych festiwalowych sztuk, które bardzo często bywają pretensjonalne, niezrozumiałe i widz robi dobrą minę do złej gry. Dlatego jest wiele powodów, dla których z lubością oddaję się nieboszczyczce. Jestem też pełen podziwu, bo gramy to już któryś raz w Lesznie, a widzowie przychodzą, oglądają, i mam wrażenie, dobrze się bawią i wzruszają. To jest taki moment, który daje wszechstronną satysfakcję.

REPORTER nr 0596 page 007REPORTER nr 0596 page 008

 



Dodaj komentarz

Dodał: CarolineEsteban
2018-11-11 21:39
Mój penis nie jest zbyt duży, a do tego często mam problemy z osiągnięciem pełnego wzwodu. Nigdy nie próbowałem żadnych środków powiększających penisa, ale postanowiłem dać szansę temu żelowi. Stosowanie jest dziecinnie proste i krótko po zastosowaniu można odczuć przyjemne uczucie, które porównałbym do delikatnego mrowienia. Jedno opakowanie jest mało wydajne, dlatego od razu zamówiłem 3 sztuki. <a href=http://gel-titan.pl/>Ta strona</a> Bezpiecznie się z domu i chcieliby rozwinąć swojego penisa? Czy chcesz zapobiec doświadczenie wstyd pokazać swoją męskość? W odpowiedniej lokalizacji, ponieważ jesteśmy prawdopodobne wyjaśnienie początkowe technika, który rozwijać akty stworzyć swoją męskość, od chirurgii, który będzie być szkodliwe i kosztowne. Zdecydowanie lepiej postawić na sprawdzony przez wielu mężczyzn preparat – Titan Gel.