Dodano: 2017-09-25 06:36   |   Dodał: a.jakubowski (Arkadiusz Jakubowski)   |   Kategoria: Kulturalne Leszczyńskie

Na granicy snu i jawy

Nasza własna leszczyńska edukacja teatralna trwa. I, wraz z trzynastą premierą Teatru Miejskiego w Lesznie, przyspiesza gwałtownie. Rzuceni zostaliśmy naprawdę na głęboką wodę. Bo sztuka to sztuka trudna i wymagająca, choć na szczęście świetnie zrobiona. Czy, jako teatralna widownia, zdamy ten swoisty egzamin dojrzałości?

Gombrowicz to słowo klucz, dla wielu synonim oznaczający coś niezrozumiałego, trudnego, abstrakcyjnego. Przecież mówimy: „to jak z Gombrowicza” i wszyscy wiedzą co ma się na myśli. I jeszcze uśmiechają się znacząco. Tak Gombrowicz, jego dzieła, choć pełne znaczeń i ukrytych, głębokich treści są trudne. Kiedy dowiedziałem się, że  dyrekcja leszczyńskiego teatru na pierwszą premierę drugiego sezonu wybrała „Ślub” Witolda Gombrowicza przestraszyłem się. Pytanie było jedno, ale za to podstawowej natury: czy Leszno, z młodziutką teatralną widownią,  jest już na to gotowe?
    Pytanie, na które odpowiedź nie nadejdzie natychmiast. Tuż po premierze jest na nią za wcześnie. Ale to właściwy czas, by napisać parę słów (subiektywnie) o samym spektaklu.
    Witold Gombrowicz napisał Ślub w 1946 roku w  Argentynie, do której trafił tuż przed wybuchem II wojny  światowej i w której spędził 25 lat. Ślub, który przyniósł mu międzynarodowy rozgłos wydany został siedem lat później i zdaje się, że najpierw w języku hiszpańskim, a dopiero potem po polsku. To ważna dla nas, sporo wyjaśniająca  informacja. Reżyserem leszczyńskiego Ślubu  jest Jarosław Bielski, aktor i reżyser dotąd w Polsce w zasadzie nieznany. Nieznany w Polsce, bo od lat mieszkający i robiący aktorską (teatralną i filmową), reżyserską  i pedagogiczną karierę w Hiszpanii. Mieszka i pracuje w Madrycie, ma tam swój teatr, przy nim szkołę aktorską. A w repertuarze madryckiego teatru jest gombrowiczowski  „Ślub”  w języku hiszpańskim. Nie było łatwo, ale w jakiś sposób udało się Beacie Kawce, dyrektor artystycznej Teatru Miejskiego w Lesznie namówić Bielskiego, by wyreżyserował  dla naszej leszczyńskiej widowni  Ślub ponowił, ale po polsku. I od owa. Bo od razu trzeba zastrzec, że z hiszpańskiej  adaptacji do Leszna została „przeniesiona” tylko muzyka, której autorem jest Hiszpan Chema Perez.
    Ślub to jedno z najgłośniejszych dzieł pisarza. Gombrowicza fascynują relację między ludźmi, formowanie, a raczej „deformowanie”  się człowieka pod ich wpływem. W swoim komentarzu do Ślubu sam pisał tak: „Człowiek jest poddany temu, co tworzy się »między« ludźmi i nie ma dla niego innej boskości jak tylko ta, która z ludzi się rodzi”. Tematyka to uniwersalna i ważna pod każdą szerokością geograficzną. A jeśli dodać do tego, że Gombrowicz to nie tylko pisarz, ale też filozof, otrzymujemy  w postaci „Ślubu” materię, którą odczytywać można na wiele sposobów. W zależności od tego, jak ona została ukształtowana i podana widzowi przez twórców kolejnych scenicznych adaptacji. 
    „Ślub” to dramat napisany w trzech aktach, w  Lesznie oglądamy jeden. Spektakl trwa półtorej godziny i rzeczywiście należy go postrzegać, jak czytamy w opisie spektaklu, jako efekt poszukiwania „esencji i prostoty przekazu Gombrowicza”. Jarosław Bielski rezygnuje z niektórych wątków, rezygnuje z niektórych postaci i zdaje się szukać tego, co według niego najważniejsze. Oczywiście odpowiedź na pytanie „a co jest najważniejsze?” jest właściwie niemożliwa. Filozoficzna głębia treści sprawia, że każdy może udzielić innej odpowiedzi i każdy przy tym będzie miał rację. I to jest właśnie piękne, najpiękniejsze. Taki jest Teatr przez duże „T” - daje narzędzia, byś ty mógł zrozumieć. Dla mnie „Ślub” w adaptacji Jarosława Bielskiego to rzecz o tym, jak niebezpieczne bywają pozory, którym, zupełnie świadomie, ulegamy. Mówimy: przecież to tylko gra, pozór, ułuda, sen, wszyscy o tym wiemy. „Co z tego, że to jest nienormalne, skoro my jesteśmy normalni?”.  Nic nam nie będzie, w każdej chwili to możemy przerwać. Ale nie zauważamy, gdy te pozory nas porywają, stają się naszym życiem, przejmują nad nami kontrolę i, choć wciąż nam się wydaje, że grę można w każdym momencie przerwać (i pewnie nawet tak jest), to jednak jej efekty są już nie do odwrócenia. Tak ja odczytałem nasz leszczyński premierowy Ślub, ale niewykluczone, że przy kolejnym obejrzeniu, dojdę do zupełnie innych wniosków.
    Teraz trochę o formie spektaklu. Z czystym sumieniem piszę: czegoś takiego jeszcze w Lesznie na grali! Sprowadzenie Jarosława Bielskiego do Leszna wydaje się pomysłem genialnym. Tylko wybitny reżyser potrafi podać trudną, bardzo trudną treść, w  atrakcyjnej formie. Już pierwszy trik: wyznaczona świetlną kurtyną i tańczącą na jej tle chmurą popiołów, granica między światem jawy i światem ułudy porywa nas w magiczny świat teatru. Światła. To niezwykle ważny element tego spektaklu. W surowej i nie nadmiernie rozbudowanej (ale przemyślanej, np. lustro w głębi sceny wyjątkowo dobrze współgra z treścią sztuki) scenografii scenicznej to one wyczarowują na scenie różne światy. Reżyserem światła jest Ewa Garniec. Brawo!
    Wielkim atutem leszczyńskiego Ślubu są aktorzy. Udało się wytoczyć na scenę artylerię dużego kalibru. Iwona Bielska (zbieżność nazwisk z  reżyserem jest zupełnie przypadkowa) w roli matki i Mariusz Saniternik w roli ojca dają wielki pokaz swoich umiejętności.  Trudno się o cokolwiek przyczepić. Nic, tylko klaskać. 
    Główną rolę powierzył reżyser  Karolowi Wróblewskiemu, który otrzymał trudne zadanie. Henryk to postać wieloznaczna, wielowymiarowa: najpierw zagubiony na froncie żołnierz, który we śnie (a może i na jawie?), trafia do dziwnej świątyni przemienionej w karczmę, ale przypominającej  mu dom rodzinny. Potem stając się jakby kapłanem sprawowanej przez siebie mszy,  przeistacza się w despotycznego księcia, który nie waha się wysłać na śmierć bo „tak mu się podoba”. Wszystkie znaczenia i wymiary są przemieszane  w czasie, gra nie jest linearna, jest dla aktora jak rollercoaster w Energylandii. I Wróblewski radzi sobie z tym ciężarem w sposób perfekcyjny: w każdym wcieleniu jest wiarygodny i autentyczny. Na dodatek jestem przekonany, że to rola, do której z każdym kolejnym spektaklem będzie dodawał coś nowego. Z chęcią obejrzę go za rok.

Arkadiusz Jakubowski

„Ślub”, reż.  Jarosław Bielski, Teatr Miejski w Lesznie



Dodaj komentarz

Nie dodano jeszcze żadnego komentarza do tej publikacji.