Dodano: 2017-11-07 15:00   |   Dodał: a.jakubowski (Arkadiusz Jakubowski)   |   Kategoria: Kulturalne Leszczyńskie

Po premierze "Dziadów"

Kiedy wybierasz się do teatru na „Dziady”, obojętnie do którego teatru i obojętnie na jaką adaptację, jednego możesz być pewien – tekst, wersy i wyrazy, które popłyną ze sceny będą najwyższej jakości. Reszta, która jest przecież nieodłącznym i niezbędnym dopełnieniem każdego spektaklu (by w ogóle mógł spektaklem się mienić) jest zawsze niewiadomą. A to od tej reszty zależeć będzie, czy wyjdziesz znudzony, zadowolony czy zachwycony.

Z trudną materią mierzył się Błażej Baraniak, dyrektor Teatru Miejskiego w Lesznie i jednocześnie reżyser kolejnej premiery wystawianej na deskach jego/naszego teatru. „Dziady” Adama Mickiewicza to bez wątpienia jeden z najważniejszych (o ile nie najważniejszy) dramat w historii polskiej literatury, czego potwierdzeniem może być fakt, że prapremierę „Dziadów”, wystawioną w 1901 roku na deskach Teatru Miejskiego w Krakowie, reżyserował nie kto inny jak... Stanisław Wyspiański, autor innych wielkich dzieł z naszego narodowego kanonu” „Wesela” czy „Wyzwolenia”. Choć tak naprawdę, prawdziwa prapremiera „Dziadów” odbyła się w... 2016 roku we Wrocławiu, bo dopiero tam, po raz pierwszy wystawiono „Dziady” (w reżyserii Michała Zadary) w całości, w spektaklu trwającym 4 godziny.  To jednak wyjątek i  swoisty eksperyment, którego oceniać nie będę i nie mogę, bo go nie oglądałem. Wracam na leszczyńską scenę.
    Przed teatralnymi twórcami, którzy przenoszą „Dziady” na scenę zawsze stają dylematy wyboru. Dramat składa się z czterech części, choć tylko trzy (II, III i IV) stanowią w formie  autonomiczne, choć połączone wspólnymi wątkami i postaciami , całości. Przeniesienie jeden do jednego całego dramatu jest trudne (choć możliwe, co pokazuje wrocławski przykład) i dla widza może być, mimo (a może właśnie dlatego) gatunkowego ciężaru,  ciężko strawne. Co wybrać, jak skleić, co wyeksponować, a co schować, by nie zatracić sensu, a widza nie znudzić? Baraniak zdecydował się na krok ryzykowny, podyktowany zapewne po części także kwestiami „sprzedażowymi” (rozwinę za chwilę), co jest w pełni zrozumiałe i który, jak się okazało, było krokiem sensownym. „Dziady” w reżyserii B.  Baraniaka to   podana saute historia młodego mężczyzny i jego wewnętrznej przemiany, metamorfozy. Wpierw obserwujemy na scenie jak zakochany i głęboko zraniony w swych romantycznych uczuciach Gustaw szaleje z niespełnionej miłości, jak na przemian nienawidzi i wciąż kocha. Ale gdybyż mickiewiczowskiego „Dziady”, będące emanacją polskiej literatury romantycznej, w swej romantyczności ograniczały się, niczym w przypadku preromantycznego młodego Wertera spod pióra Johanna Wolfganga von Goethego, jedynie do niespełnionej miłości, nie byłyby pewnie dziś najważniejszym polskim dramatem.  Bo oto Gustaw, romantyczny kochanek przemienia się w  Konrada – poetę, który toczy niemal śmiertelny bój z Bogiem o rząd dusz narodu,  z którego się wywodzi, a  który cierpi niewolę. Mesjanizm to pojęcie, które każdemu z nas, który chodził do szkoły, nieodmiennie kojarzy się z „Dziadami”. Tak więc w adaptacji „Dziadów” dokonanej przez Błażeja Baraniaka obserwujemy przemianę Gustawa w Konrada, jego zapasy z Bogiem w wielkiej improwizacji, będącej chyba najważniejszym monologiem (bo nie rozmową przecież, gdyż Bóg milczy) w polskiej literaturze. Przynajmniej dla mnie. Pamiętam ciarki, które biegały mi po plecach, kiedy w liceum (I LO w Lesznie) w połowie lat 80-tych minionego wieku czytałem te słowa, a potem na lekcjach polskiego z prof. Jadwigą Maciejko, omawialiśmy ich sens i znaczenie. Dziś pewnie inny mają wydźwięk niż wówczas, bo i sytuacja jest inna. Ale do rzeczy. Wracam na deski naszego teatru.
    Taka adaptacja Dziadów ma swoje zalety. Po pierwsze: „sprzedażowe”, z czym zresztą sam reżyser się nie kryje tytułując swoją sztukę „Dziady. Lekcja”. Takie ujęcie Dziadów, będących przecież szkolną lekturą, gwarantuje frekwencję na widowni. Po drugie taka adaptacja pozwala w syntetyczny sposób oddać najważniejszy sens dzieła i to w 70 minut. To akurat tyle czasu, by trudny tekst płynący ze sceny nie zmęczył współczesnego widza przyzwyczajonego wszak do znacznie lżejszych treści.
    Jednocześnie jednak takie ujęcie Dziadów ma swoje „wady” (rozumiane jako potencjalne zagrożenia). Po pierwsze potencjalnie mało się dzieje na scenie, bo w swej formie sztuka w zasadzie staje się monodramatem. Wymaga więc od twórców dodatkowego wysiłku intelektualnego, by przyciągnąć i utrzymać przez całe 70 minut uwagę widowni. Przy surowej i statycznej scenografii (z wyjątkiem finału) muszą sięgnąć po inne sceniczne środki. W leszczyńskiej adaptacji pojawia się więc chór starców, mocne drugoplanowe role dźwięku, dymu i światła. Ja szczególnie chciałbym zwrócić uwagę na to ostatnie. To kolejny spektakl na leszczyńskich deskach, w którym, moim zdaniem,  światło staje wielkim dopełnieniem. Przykłady?  Przeobrażenie Gustawa w Konrada, czy scena w wielkiej improwizacji, gdy  Konrad wzywa Boga, a ten milczy, jedynie  obserwując go z góry swym wszystkowidzącym okiem. 
    Błażej Baraniak adaptując Dziady w monodram musiał też zmierzyć się z kwestią kluczową: komu powierzyć rolę Gustawa-Konrada? A w przeszłości z tą postacią mierzyły się na teatralnych deskach takie tuzy aktorstwa jak Jerzy Trela czy Gustaw Holoubek. I nie chodziło o to, by znaleźć ich naśladowcę, lecz kreatora. Aktora jednocześnie młodego, ale i już dojrzałego, który by frazę:  „Nazywam się Milijon – bo za miliony kocham i cierpię katusze” potrafił wypełnić prawdziwą treścią. Reżyser leszczyńskich Dziadów tę rolę powierzył Kamilowi Prubanowi. Ten 25-latek, absolwent warszawskiej Akademii Teatralnej, leszczyńskiej publiczności znany choćby ze świetnego  „Kufehka” (swoją droga mam nadzieję, że „Kufehek” wróci do repertuaru), otrzymał trudne zadanie: zmierzyć się z ogromną ilością tekstu, ten ogromny tekst zrozumieć, przetrawić, zinterpretować i przekazać. Czy mu się udało? 
    Gustaw Kamila Prubana to rzeczywiście odrzucony kochanek: który wciąż kocha rozdartym sercem, ale gdy mówi: „..Ja nic nie odpowiem/Tylko na nią cisnę okiem/Ha! Okiem, okiem jadowitej żmije,/Cale piekło z mych piersi przywołam do oka/Niech będzie ślepą, martwą jak opoka/Na wskroś okiem przebiję!...” nienawidzi tak bardzo, że bardziej nie można, a lodowaty wiatr muska twarze widowni. Po tej sinusoidzie uczuć Pruban porusza się jak surfer na wielkiej fali. 
    Gustaw Kamila Prubana porusza, ale Konrad Kamila Prubana porywa. Emocje, które pojawiły się na scenie, jak za dawnych licealnych, młodzieńczych lat („O młodości Ty nad poziomy wylatuj!”) przywołały na moich plecach ciarki. Oczywiście nie po każdym plecach te ciarki pobiegną, po moich zasuwały aż miło. Z jednej strony, jako widz, otrzymujesz trudny tekst (w treści, lecz nie w formie – bo nie ma kłopotu z przyswojeniem sobie oryginalnego XIX-wiecznego języka jakim pisze Mickiewicz),  z drugiej strony uderzają cię emocje płynące ze sceny, którym trudno się oprzeć. I nagle stajesz przed dylematem: czy rozumem to odbierać czy sercem? czy „mędrca szkiełkiem i okiem”, czy „czuciem i wiarą”? Takie czary się tam dzieją!  Brawo, panie Kamilu!
    Na dwie jeszcze rzeczy chciałbym zwrócić uwagę. Pierwsza to przepięknie namalowana „scena finałowa”, wizualna perełka. I druga rzecz. Nie wiem, czy to celowy zamysł reżysera, czy też po prostu „tak wyszło”. Są momenty w spektaklu, w których Konrad fragmenty wielkiej improwizacji wygłasza z pomostu, który z porscenium „wchodzi” w pierwsze rzędy widowni, a w zasadzie nad pierwsze rzędy widowni. Oglądałem to z piątego rzędu, z tej perspektywy Konrad wyglądał jakby w „morzu ludzkich głów”. I tu pojawiło mi się skojarzenie z innym panem na K – Kordianem Juliusza Słowackiego i jego monologiem na Mont Blanc: „Jam jest posag człowieka, na posągu świata”. Ale to już inna bajka, choć też romantyczna.
Arkadiusz Jakubowski
    



Dodaj komentarz

Nie dodano jeszcze żadnego komentarza do tej publikacji.