Dodano: 2017-04-09 12:56   |   Dodał: a.jakubowski (Arkadiusz Jakubowski)   |   Kategoria: Kulturalne Leszczyńskie

Mazurzenie ze smartfona

Zaczęło się fantastycznie. Kiedy na lewym balkonie pojawiło się dwóch panów z keyboardem, gitarą, w połyskujących złotymi cekinami kamizelkach, a wraz z nimi pani w dyskotekowej sukience przy mikrofonie, pomyślałem "U-hu, to będzie bardzo interesujące Wesele"


    Narodowe dramaty traktują o sprawach fundamentalnych dla narodu w danym momencie dziejów, w tej właśnie chwili. Czy ten moment i chwila trwają rok, dekadę, czy sto lat nie jest istotne – ważne, że trwają legitymizując tym samym wagę tematu. Kiedy już jednak ten moment dziejów minie (bo zawsze mija, wszak historia to dynamiczna dziedzina), wydźwięk już nie jest tak dramatycznie głośny, bo temat przestaje być aktualny i przez to przestaje być interesujący. W trzech sytuacjach jest inaczej: 1. gdy dzieło jest uniwersalne, 2.gdy dzieło jest  wybitne, 3. gdy dzieło jest uniwersalne i wybitne. Przy którym z tych trzech punktów zakreślić kółko w przypadku „Wesela” Stanisława Wyspiańskiego? Ja zakreślam przy dwójce.
    Z tym napisanym w 1901 roku i zaliczanym do kanonu polskich dramatów narodowych dziełem zmierzyła się na deskach Teatru im. Juliusza Osterwy w Gorzowie Wielkopolskim Agata Biziuk, reżyserka młodego pokolenia, finalistka 19. edycji (2013 rok) konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej za spektakl „Babcia mówi mi pa, pa” (wraz z Agnieszką Makowską).
    W teatralnym opisie gorzowskiego spektaklu autorzy przedstawiając reżyserkę piszą: „Agata Biziuk realizuje zwykle przedstawienia oparte na własnych tekstach lub dokonuje daleko posuniętych adaptacji”. Więc ci panowie w złotych kamizelkach na lewym balkonie wydawali się tego stwierdzenia jaskrawym potwierdzeniem.
    Panowie na balkonie zaczynają grać, kurtyna idzie w górę, a na scenie dużo się dzieje. Na deskach chyba cały zespół aktorski gorzowskiego teatru - obsada to 23 aktorów i dwóch muzyków. Jest wesele, jest impreza:    ludzie tańczą (właściwie udają, że tańczą - szkoda że kapela na balkonie nie gra jakiegoś brokatowego disco), wóda leje się mocno, a w powietrzu już czuć, że  sytuacja lada chwila wymknie się spod kontroli (wskutek nadmiaru alkoholu). Na scenie nowe zmaga się ze starym: współczesne stroje większości weselników kontra dwie czapki z  pawimi piórami, sukmana pana młodego i chłopska suknia weselna Młodej; ryngraf z orłem na ścianie i szablą kontra zestaw słuchawkowy w uchu karczmarza Hersza Singera i smartfon w ręku Dziennikarza; pobrzmiewające w muzyce motywy poloneza i innych klasyków kontra układy choreograficzne, których zapewne nie powstydziłby się żaden teatr tańca współczesnego. To jasne dla mnie próby uwspółcześnienia narodowego dramatu i to częściowo skuteczne, przynajmniej w warstwie wizualnej. Momentami jest trochę jak u Smarzowskiego - takie ja mam wrażenie, czy taki był reżyserski zamysł? Jeśli tak, pomysł fajny, ale realizowany niekonsekwentnie – no bo na przykład gdzie, no gdzie, ta weselna muzyka pod nóżkę? Aż się prosiło o solidną porcję disco polo.
    Wszelkie wrażenia uwspółcześnienia pękają jednak jak bańka mydlana w starciu z tekstem, który słyszymy ze sceny. Reżyserka, będąca jednocześnie autorką opracowania i tekstu i słynąca  przecież z głębokich adaptacji oryginalnych tekstów  tym razem, mam wrażenie, z tego rezygnuje. „Wesele” to spotkanie dwóch światów: inteligenckiego i chłopskiego. Inteligenci mówią po inteligencku, a chłopi gadają po chłopsku,  na gorzowskich deskach słychać mazurzenie aż miło, dokładnie tak jak napisał to Wyspiański. Szkoda, wielka szkoda, bo tym sposobem spełzają na niczym wszelkie podjęte przez reżyserkę próby osadzenie Wyspiańskiego w naszym świecie. Oryginalny język sztuki przykrywa wszystko, a w starciu z nim użyte w sztuce współczesne nowinki technologiczne (te smartfony, zestawy i multimedia) po prostu są niezauważalne i nieefektywne (i nieefektowne). Nie mówiąc już o tym, że sztuka staje się niewiarygodna, sztuczna, wydumana – bo nie dosyć, że dzisiaj mało kto tak posługuje się językiem, to jeszcze ten stary podział społeczny w ogóle nie funkcjonuje, to przeszłość. Tym sposobem przez cały pierwszy akt sztuka się po prostu, moim zdaniem, rozjeżdża: tekst sobie, reszta sobie. O wiele większą siłę rażenie ma akt drugi, w którym reżyserka całkowicie zrezygnowała (straciła konsekwencję?) z nowinek, a sztuka staje się w miarę klasyczną adaptacją.
    Szkoda, że autorka nie pokusiła się na pójście na całość i przerobienie tekstu na język współczesny. Efekt mógłby być na pewno ciekawy.
    A może wcale nie? „Wesele” powstawało w 1901 roku, w bardzo określonym kontekście  historyczno-społecznym. Świat wchodził w XX wiek,  w którym miało nastąpić zatarcie się dotychczasowych podziałów społecznych i które ostatecznie nastąpiło (choć Wyspiański wieszczył inaczej). Społeczny nowopolski ferment podlany jeszcze został patriotycznym sosem (wciąż żywe jeszcze wtedy wspomnienia czterdziestego szóstego roku i marzeniami i wielkim zrywie) i podany w neoromantycznej, mówiąc kolokwialnie „odlotowej” niemal jak Dziady,  postaci. Czytałem je lata temu w liceum, ale tak  je właśnie odebrałem. Zderzanie się dwóch odmiennych światów jest zawsze aktualną i uniwersalną  tematyką, ale  zderzanie się dwóch konkretnych światów bywa aktualne tylko w  danym momencie. I tak jest, moim zdaniem  z Weselem. To dzieło wybitne, ale obarczone dużym bagażem konkretnej dziejowej chwili, że i przez to nie uniwersalne. Wesele jest jak obrazy Wyspiańskiego – wciąż budzą podziw, bo są takie same jak wtedy, gdy powstawały.   Dziś nie ma już takiego chłopstwa i takiej inteligencji, granice podziału są, ale biegną już całkowicie wzdłuż innych szlaków. Sztuką jest te szlaki wytropić i pokazać.
    Mnie gorzowska adaptacja „Wesela” pokazała, że niektóre wybitne sztuki najlepiej wypadają chyba w klasycznych realizacjach.
Arkadiusz Jakubowski
„Wesele” Stanisława Wyspiańskiego w reż. Agaty Biziuk w Teatrze im. J. Osterwy w Gorzowie Wielkopolskim



Dodaj komentarz

Nie dodano jeszcze żadnego komentarza do tej publikacji.